Uciekali w dół suchego koryta, bo płomienie odcięły most i szlak. Fałszywy leśnik zniknął w dymie, Orzech kulał po szarpaninie, a radio przestało łapać sygnał. Nad głowami pękały rozgrzane gałęzie. Las nie płonął jak na filmach — on ryczał. Żył, oddychał, pożerał powietrze.
Lena prowadziła, trzymając w jednej dłoni kompas, w drugiej telefon. Bateria spadała niepokojąco szybko.
Trzecia wiadomość przyszła, gdy schronili się pod skalnym przewisem.
— Nie ufaj mapom dorosłych — mówiła Maja. — Tymon widzi dolinę taką, jaka jest pod spodem. Klocki to nie zabawa. To plan starej kopalni. Wejdź przez gardło lisa. Dalej liczyć: trzy zielone, dwa szare, jeden błękitny.
— Kopalni? — Kuba wypluł pył. — Tu nie ma kopalni.
Orzech spojrzał na Lenę tak, jak patrzą ludzie, którzy latami coś przemilczeli.
— Była. Nieoficjalna. Jeszcze za czasów spółdzielni. Wydobywali łupek i coś, czym interesowały się zakłady chemiczne. Po osuwisku zasypano wejścia. W dokumentach teren oznaczono jako niestabilny.
— Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział, kiedy zginęła Maja?
Komendant milczał zbyt długo.
— Bo wtedy twoja siostra robiła reportaż o nielegalnych odwiertach. A ja... ja uznałem, że jeśli powiem za dużo, zamkną śledztwo jeszcze szybciej. Miałem rodzinę, kredyt, strach. To nie jest usprawiedliwienie.
Lena miała ochotę krzyczeć, ale dym wchodził do gardła. Zamiast tego wyjęła mapę Tymona, którą zabrała od Igi. Geometryczne pola nagle zaczęły mieć sens. „Gardło lisa” było wąskim przejściem między dwiema rudymi skałami, zaznaczonym na dziecięcym rysunku jako pomarańczowy trójkąt.
Dotarli tam o zmierzchu. Wejście wyglądało jak szczelina, przez którą dorosły człowiek musiał się przeciskać bokiem. Na kamieniu ktoś namalował niebieskiego kota. Pod nim świeżą farbą dopisano: NIE WRACAJ TĄ SAMĄ DROGĄ.
W środku panował chłód. Tunel był niski, wilgotny, pełen dawnych drewnianych podpór. Lena liczyła zgodnie z wiadomością: trzy zielone znaki na ścianie, dwa szare kamienie, jeden błękitny klocek wetknięty w szczelinę.
Za nim znajdowały się metalowe drzwi.
Nie powinno ich tam być.
Kuba szarpnął klamkę. Zamknięte. Orzech znalazł panel z klawiaturą, zaskakująco nowy jak na opuszczoną kopalnię.
— Kod — powiedział.
Lena spojrzała na klocek. Na spodzie ktoś wyrył cztery cyfry: 1709. Data urodzin Mai.
Panel piknął. Drzwi ustąpiły.
Za nimi nie było kopalni. Był korytarz o białych ścianach, agregaty, przewody i zapach środków dezynfekujących. W głębi migotały awaryjne lampy. Na jednej ze ścian widniał napis: PROJEKT OAZA — STREFA RETENCJI.
— Co to za miejsce? — wyszeptał Kuba.
Z ciemności dobiegł dziecięcy głos.
— Nie wolno hałasować. Panowie wrócą, jak ogień przejdzie.
Tymon siedział pod stołem w pomieszczeniu pełnym monitorów. Był brudny, przerażony, ale żywy. Na kolanach trzymał czerwony szalik.
Lena uklękła przed nim.
— Skąd go masz?
— Od pani Mai — powiedział chłopiec. — Ona kazała mi budować mapę, żebyś wreszcie przyszła.