Zaginiony nazywał się Tymon Rataj, miał dziewięć lat i talent do budowania całych światów z sześciennych drewnianych klocków. Jego matka, Iga, prowadziła w Letnicy mały pensjonat i powtarzała ratownikom, że syn „nie uciekłby sam”, choć sama przyznała, że Tymon od miesięcy obsesyjnie rysował mapę doliny.
Nie zwykłą mapę. Klockową.
Na kartkach z zeszytu w kratkę chłopiec zamieniał góry, potoki i skały w geometryczne bryły. Każdy kolor miał znaczenie: zielone pola to bezpieczny las, szare — rumowiska, czerwone — „gniewne miejsca”, a błękitne kwadraty oznaczały coś, co podpisał: OAZA.
— Skąd on zna tę nazwę? — spytała Lena.
Iga otarła twarz rękawem.
— Nie wiem. Mówił, że śni mu się dziewczyna z czerwonym szalikiem. Że ona mieszka za wodą, której nie ma.
Lena poczuła, jak robi jej się zimno. Maja zaginęła w czerwonej kurtce, ale w dzieciństwie nosiła wiecznie czerwony szalik. Taki sam, jaki ich matka robiła na drutach podczas długich zim.
— Tymon zostawił coś jeszcze? — zapytała.
Iga zawahała się. Potem wyjęła z kieszeni mały drewniany klocek, pomalowany na niebiesko. Na jednej ściance ktoś narysował kota z ogonem jak znak zapytania.
— Znalazłam to na parapecie. Rano tego nie było.
Komendant Orzech chciał czekać na większe wsparcie. Pożar rozprzestrzeniał się zbyt szybko, wiatr spychał go w stronę doliny, a jedyna asfaltowa droga była już częściowo zamknięta. Ale Lena wiedziała, że przy zaginionym dziecku każda godzina ma wagę krwi.
Ruszyli w trójkę: Lena, Orzech i młody strażak Kuba, który znał boczne ścieżki po dawnych pasterzach. Iga błagała, żeby pozwolili jej iść, lecz Lena odmówiła.
— Przyprowadzę go — powiedziała.
— Ludzie zawsze tak mówią — odparła Iga. — A potem wracają sami.
Te słowa uderzyły mocniej niż policzek.
Szlak szybko zniknął pod suchymi gałęziami. Co kilkaset metrów Lena widziała na pniach małe niebieskie znaki: koty, kwadraty, strzałki. Nie były stare. Farba jeszcze pachniała.
— Ktoś prowadził dziecko — mruknął Kuba.
— Albo nas — powiedział Orzech.
Po godzinie marszu dotarli do starego mostu, przed którym ostrzegała wiadomość. Most wisiał nad wyschniętym korytem potoku. Po drugiej stronie stał terenowy samochód bez tablic. Drzwi były otwarte.
Kuba podniósł rękę.
— Ktoś tu jest.
Z krzaków wyszedł mężczyzna w kurtce leśnika, choć Lena od razu zauważyła, że mundur jest źle zapięty, a buty nie pasują do służby. Miał radiotelefon i twarz człowieka, który nie spodziewał się świadków.
— Teren zamknięty — powiedział. — Wracać.
Orzech pokazał odznakę ratowniczą.
— Szukamy dziecka.
— Nie ma tu żadnego dziecka.
Wtedy z radiotelefonu mężczyzny popłynął zniekształcony głos:
„Jeśli kobieta z blizną jest z nimi, zatrzymać. Ona ma nagrania”.
Lena miała bliznę na brodzie po wypadku sprzed lat. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, mężczyzna sięgnął pod kurtkę. Orzech rzucił się na niego, Kuba krzyknął, a Lena poczuła tylko gwałtowny podmuch gorącego wiatru.
Z lasu za mostem wystrzeliła ściana ognia.