Lena Wolska nie odbierała nieznanych numerów od trzech lat.
Nie dlatego, że była nieuprzejma. Po prostu ostatni raz, kiedy to zrobiła, usłyszała w słuchawce obcy głos policjanta, który powiedział: „Czy rozmawiam z siostrą Mai Wolskiej?”. A potem świat się skończył. Maja zniknęła podczas burzy w Szafirowej Dolinie — miejscu tak pięknym na pocztówkach, jak bezlitosnym poza sezonem. Oficjalnie: wypadek. Nieoficjalnie: nikt nigdy nie znalazł ciała, plecaka ani nawet skrawka jej czerwonej kurtki.
Lena została ratowniczką górską, jakby mogła w ten sposób cofnąć czas. Ratowała cudze siostry, cudzych ojców i cudze dzieci. Własnej siostry nie potrafiła.
Tego wieczoru siedziała w dyżurce nad mapą zagrożeń pożarowych. Od tygodnia nie padało, las trzeszczał jak stary papier, a wiatr szedł od południa, niosąc zapach dymu z odległych wypaleń. Na biurku leżał telefon służbowy. Zamrugał ekran.
Nowa wiadomość głosowa.
Numer: zastrzeżony.
Lena chciała ją skasować. Palec zawisł nad ekranem, ale wtedy zobaczyła długość nagrania: 00:17. Tyle samo trwała ostatnia wiadomość Mai, ta sprzed trzech lat, której Lena wysłuchała setki razy.
Włączyła.
Najpierw trzask, jakby mikrofon pocierał o materiał. Potem oddech. Potem głos.
— Lenka... jeśli to odsłuchasz, nie jedź drogą przez kamieniołom. Oni czekają przy starym moście. Szukaj niebieskiego kota. On wie, gdzie jest brama.
Lena znieruchomiała.
Głos był chrapliwy, słaby, ale to była Maja. Nie wspomnienie, nie nagranie archiwalne. Maja użyła słowa „Lenka” w ten charakterystyczny sposób, z krótkim śmiechem na końcu, który tutaj urwał się w kaszel.
Wiadomość kończył inny dźwięk: dziecięca melodyjka, jak z plastikowej zabawki.
Lena odtworzyła nagranie jeszcze raz. I jeszcze. Za trzecim razem do dyżurki wszedł komendant Orzech.
— Co ty taka blada?
Podała mu telefon bez słowa.
Orzech słuchał, marszcząc brwi. Kiedy nagranie dobiegło końca, nie oddał aparatu od razu.
— To może być żart.
— Nikt poza Mają nie mówił do mnie Lenka.
— Nagrania da się podrobić.
— A „niebieski kot”? — zapytała Lena. — To nie jest przypadkowe. Maja miała w dzieciństwie wymyślonego kota, rysowała go na wszystkim. Nazywał się Kobalt.
Komendant podszedł do okna. Nad linią lasu pojawiła się cienka smuga dymu.
— Dziś nie wyślę cię w dolinę po duchy. Mamy alarm pożarowy.
Radio zatrzeszczało.
„Jednostka szesnaście, zgłoszenie z osady Letnica. Dziecko zaginione w rejonie Szafirowej Doliny. Powtarzam: zaginione dziecko. Matka zgłasza, że chłopiec poszedł za niebieskim kotem namalowanym na drzewach”.
Lena i Orzech spojrzeli na siebie.
Na telefonie pojawiła się druga wiadomość głosowa.
Tym razem trwała pięć sekund.
— Szybciej, Lenka. Ogień już pamięta drogę.