Uciekli dzięki chłopcu. Nazywał się Tymon i znał podziemny przepust pod torami, bo — jak powiedział — „dzieci zawsze znajdują dziury, których dorośli nie widzą”. Marek został przy magazynie, udając, że sprawdza konstrukcję. Lena nie wiedziała, czy można mu ufać, ale widziała w jego oczach szczery strach, gdy Boruta sięgnął po broń ukrytą w apteczce.
Przepust był ciasny, zalany po kolana i pachniał rdzą. Tymon szedł przodem, ściskając figurkę kota, a Lena za nim, z latarką w zębach i sercem bijącym tak mocno, że bała się, iż zdradzi ich w ciemności.
— Co to jest Azyl? — spytała.
— Miejsce, gdzie nie ma nazwisk — odpowiedział chłopiec. — Tylko obowiązki. Dorośli mówią, że świat na górze gnije, a woda wszystko oczyści. Pani Iga naprawiała radio. Dzięki niej słyszeliśmy czasem piosenki.
Lena przełknęła ból.
— Ona żyje?
Tymon zawahał się.
— Żyła, kiedy mnie chowała.
Za przepustem mokradła otworzyły się jak inny świat. Wśród trzcin stały niskie budynki zbudowane z kontenerów, drewna i zielonej siatki maskującej. Z daleka wyglądały jak porzucona baza badawcza. Nad jednym z dachów kręciła się turbina wiatrowa, a obok błyskała antena, świeżo odsłonięta przez burzę.
Azyl.
Lena zrozumiała, że przez trzy lata szukała siostry w szpitalach, komisariatach i kostnicach, podczas gdy Iga mogła być kilkanaście kilometrów od domu, zamknięta w miejscu, którego nie było na mapach.
Z telefonu przyszła kolejna wiadomość. Tym razem Lena nie wahała się.
— Jeśli widzisz antenę, masz mniej czasu, niż myślisz. Burza uszkodziła ich zaporę. Ewakuują archiwum. Tam jest lista ludzi, którzy zniknęli. I nagranie, przez które mnie zabrali.
— Archiwum? — szepnęła Lena.
Tymon wskazał budynek z czerwonymi drzwiami.
— Tam nie wolno dzieciom. Tam trzymają głosy.
Zanim zdążyli ruszyć, na ścieżce pojawiła się kobieta w gumowym płaszczu. Miała siwe włosy zaplecione w ciasny warkocz i twarz nauczycielki, która dawno przestała wierzyć w niewinność.
— Tymon — powiedziała łagodnie. — Znowu uciekasz?
Chłopiec cofnął się za Lenę.
Kobieta przeniosła wzrok na ratowniczkę.
— Pani Wrońska. Spodziewałam się pani po pierwszym odsłuchu. Iga zawsze przesadzała z dramatyzmem.
— Gdzie ona jest?
— Tam, gdzie trafiają ci, którzy niszczą jedyną bezpieczną przystań w chorym kraju.
— Bezpieczną? Zamykacie dzieci pod podłogą.
Kobieta westchnęła.
— Ratujemy je przed rodzinami, które nawet nie zauważyły, że toną.
Wtedy z krzaków wyszedł Boruta. Mokry, spokojny, z pistoletem opuszczonym wzdłuż uda.
— Lena, oddaj telefon. Nie musisz rozumieć wszystkiego dzisiaj.
Lena podniosła ręce, ale w jednej dłoni trzymała figurkę kota. Pod pazurem drewnianego zwierzęcia wyczuła małą szczelinę.
Iga ukryła coś w zabawce.