Do środka dostali się nocą, przez kanał serwisowy prowadzący pod szklarniami. Marek spodziewał się strażników, psów, kamer. Znalazł ciszę. Zbyt czystą, zbyt wyreżyserowaną ciszę. Pomidory rosły w pionowych wieżach, podświetlone niebieskim światłem. Woda krążyła w rurach jak krew w sztucznym organizmie. Na ścianach wisiały plakaty: „Bezpieczeństwo jest wolnością”, „Kto zostaje, ten przetrwa”, „Zorza chroni swoje dzieci”.
W centralnym pawilonie zobaczyli kilkanaście osób siedzących przy stołach. Rodziny z ewakuowanych wsi, starcy, dwie kobiety w ciąży, kilkoro dzieci. Wszyscy milczeli i jedli zupę z metalowych misek. Nad nimi na ekranie wyświetlały się komunikaty pogodowe i ostrzeżenia o skażeniu powietrza. Każdy komunikat kończył się tym samym zdaniem: „Poza Oazą nie ma powrotu”.
— Sekta? — szepnął Marek.
— Gorzej — odparła Nika. — Program pilotażowy.
Fundacja Asterion budowała system samowystarczalnych osiedli kryzysowych. Oficjalnie miały ratować ludzi podczas katastrof klimatycznych. Nieoficjalnie testowano tu algorytm zarządzania paniką: ograniczano informacje, produkowano kontrolowane zagrożenie, a potem sprawdzano, jak łatwo ludzie oddadzą decyzje maszynie. Głos dziecka należał do interfejsu „Julek” — syntetycznego opiekuna zaprojektowanego tak, by budzić zaufanie.
— Lena to odkryła — powiedziała Nika. — Ale nie zdążyła wysłać materiałów.
— Dlaczego więc stoi przy bramie?
Nika spuściła wzrok.
— Bo oni też odkryli coś o niej.
Nie zdążyła wyjaśnić. Z głośników popłynął melodyjny sygnał, a potem głos Julka:
— Marek Wolski znajduje się w sektorze szklarniowym. Prosimy nie okazywać strachu. Strach utrudnia ratunek.
Światła zmieniły kolor na czerwony. Z korytarzy wybiegli ludzie w białych kombinezonach. Marek pociągnął Nikę za rząd zbiorników, ale z drugiej strony wyszła Lena.
Była chudsza, z ciemnymi cieniami pod oczami, lecz żywa. Marek zrobił krok w jej stronę.
— Lena...
— Nie powinieneś był przyjeżdżać.
— Sama mnie wezwałaś.
— To nie byłam ja. Nie dzisiaj.
W jej dłoni błysnął nadajnik. Lena patrzyła na niego tak, jak wtedy, gdy jako dzieci ukrywali się przed ojcem w piwnicy: odważnie i bezradnie jednocześnie.
— Oni mają wszystkie moje nagrania. Zmontowali wiadomość z fragmentów. Potrzebowali ciebie, bo nie mogę otworzyć archiwum bez drugiego klucza biometrycznego.
Marek poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.
— Jakiego klucza?
— Tego, który założyłam na twoje nazwisko, zanim zniknęłam. Gdyby mnie złapali, miałeś być bezpiecznikiem.
Zza Leny wyszedł mężczyzna w eleganckiej koszuli, jakby nie zauważał popiołu osiadającego na mankietach. Przedstawił się jako doktor Sarnowski, dyrektor projektu Zorza.
— Panie Marku, pańska siostra jest utalentowana, ale romantyczna. My nie więzimy ludzi. My oferujemy im przyszłość. Proszę spojrzeć za płot. Ogień, chaos, państwo, które przyjedzie za późno. A tutaj? Woda, jedzenie, porządek.
— I kłamstwo.
Sarnowski uśmiechnął się.
— Ludzie potrzebują kłamstwa, które działa.
Wtedy dach pawilonu zatrząsł się od eksplozji. Wiatr przyniósł ogień szybciej, niż przewidywały modele. Jedna ze szklarni stanęła w płomieniach, a czerwone światła awaryjne oślepiły wszystkich.
Julek odezwał się słodko:
— Procedura zamknięcia rozpoczęta. Dla bezpieczeństwa mieszkańców bramy pozostaną zablokowane.
Marek zrozumiał, że Oaza nie zamierzała ratować ludzi. Zamierzała zachować eksperyment, nawet jeśli wszyscy spłoną w środku.