Po południu Marek dotarł do granicy strefy ewakuacji. Niebo miało kolor rdzy, a słońce było zaledwie bladą plamą za dymem. Przy posterunku straży granicznej prowizoryczne szlabany blokowały drogę. Dwóch policjantów odsyłało samochody, a ochotnicy rozdawali ludziom maski i butelki z wodą.
Marek pokazał starą legitymację ratownika. Młodszy policjant spojrzał na datę ważności i prychnął.
— Pan tu nie przejedzie. Pożar idzie od zachodu, wiatr zmienił kierunek. Za godzinę zamykamy całą trasę.
— Szukam siostry.
— Wszyscy kogoś szukają.
Starszy funkcjonariusz, z blizną na brodzie, nagle uniósł wzrok. Jego spojrzenie zatrzymało się na nazwisku Marka.
— Wolski? Lena Wolska była dziennikarką?
Marek skinął głową.
— Niech pan zawróci — powiedział policjant ciszej. — Dla własnego dobra. Tam nie ma żadnej stacji.
To zdanie powinno brzmieć jak informacja. Zabrzmiało jak ostrzeżenie.
Marek odjechał kilkaset metrów, zostawił samochód za opuszczonym sklepem i ruszył pieszo przez sad, który dawno przestał rodzić owoce. W plecaku miał apteczkę, filtr do wody, mały dron i stary pager terenowy. Powietrze drapało w gardło. Co kilka minut słyszał huk pękających od gorąca drzew.
Po dwóch godzinach znalazł ślady opon prowadzące do betonowego przepustu. Tam czekała kobieta w żółtym płaszczu przeciwdeszczowym, kompletnie niepasującym do suchego, rozpalonego krajobrazu. Miała krótkie siwe włosy i twarz kogoś, kto dawno zapomniał o zdziwieniu.
— Spóźniłeś się — powiedziała.
— Kim pani jest?
— Ktoś, kto też słucha wiadomości od zmarłych.
Nazywała się Nika Rataj. Była techniczką radiową w dawnej kopalni soli, zanim zakład zamknięto i sprzedano prywatnej fundacji „Asterion”. Lena właśnie o tej fundacji przygotowywała reportaż. Nika twierdziła, że w strefie ewakuacji działał eksperymentalny system łączności awaryjnej, który wykorzystywał podziemne zbiorniki wody jako naturalne przekaźniki. Głos mógł wracać z opóźnieniem. Czasem po godzinach. Czasem po miesiącach.
— Chce pani powiedzieć, że nagranie Leny mogło być stare?
— Chcę powiedzieć, że jeśli usłyszałeś je dziś, ktoś chciał, żebyś dziś je usłyszał.
Nika poprowadziła go przez przepust do dawnego kanału melioracyjnego. Na ścianach ktoś narysował kredą strzałki i małe kwadraty ułożone jak dziecięca mapa. Marek dotknął jednego z symboli.
— To Lena?
— Nie. Dzieci z Oazy.
— Jakiej Oazy?
Nika nie odpowiedziała od razu. Dopiero gdy wyszli na wzgórze, Marek zobaczył w dole zieloną plamę pośród spalonego krajobrazu. Kilkanaście szklarni, zbiorniki wody, modułowe domki i rząd anten błyszczących w dymie. Miejsce niemożliwe. Miejsce, którego nie było na mapach.
Nika podała mu lornetkę.
Przy bramie stała Lena.
Marek prawie zsunął się po zboczu, ale Nika złapała go za kurtkę.
— Czekaj.
Lena odwróciła głowę w stronę wzgórza, jakby dokładnie wiedziała, gdzie są. Potem uniosła rękę i wykonała gest z dzieciństwa: dwa palce do serca, jeden w niebo. Ich tajny znak oznaczający: „Uciekaj”.
W tej samej chwili z anten rozległ się dziecięcy głos z drugiej wiadomości.
— Panie Marku, proszę wejść. Siostra czeka.