Marek Wolski od trzech lat nie odbierał telefonów po północy. Po wypadku w tunelu kolejowym każdy dźwięk przypominający alarm rozrywał mu sen jak metal o metal. Dlatego kiedy komórka zawibrowała o 02:17, Marek tylko odwrócił ją ekranem do dołu i policzył do dziesięciu.
Ale telefon nie przestawał świecić.
Na ekranie pojawiło się powiadomienie: „Nowa wiadomość głosowa od: Lena”.
Marek usiadł tak gwałtownie, że przewrócił szklankę z wodą. Lena, jego młodsza siostra, zniknęła siedem miesięcy wcześniej podczas dokumentowania nielegalnych odwiertów na południu kraju. Policja zamknęła sprawę, uznając, że dziewczyna spadła do wyschniętego koryta rzeki albo wyjechała celowo, bo w jej mieszkaniu znaleziono paszport. Marek nigdy w to nie uwierzył. Lena bała się latać, a paszport trzymała zawsze u matki, w pudełku po herbacie.
Nacisnął odtwarzanie.
Najpierw usłyszał szum, jakby ktoś nagrywał wiadomość w sercu burzy piaskowej. Potem oddech. Krótki, urywany. I głos Leny, cichszy niż pamiętał.
— Marek... jeśli to odsłuchujesz, nie dzwoń na policję. Oni mają ludzi wszędzie. Jestem na Stacji Zorza. Nie szukaj mnie po mapach, bo jej tam nie ma. Przyjedź przed świtem trzeciego dnia. Woda pamięta drogę. I... nie ufaj nikomu, kto powie, że mnie widział.
Nagranie skończyło się trzaskiem. Marek wpatrywał się w ekran, aż telefon znów zawibrował. Druga wiadomość.
Tym razem głos był inny. Dziecięcy, ale zbyt spokojny.
— Panie Marku, Lena kłamie. Ona już tu nie chce wyjść.
Za oknem bloku w Rzeszowie przejechała śmieciarka, a Marek poczuł, że powietrze w mieszkaniu staje się za ciężkie. Cofnął nagranie, sprawdził numer, lokalizację, metadane. Wiadomości przyszły z karty SIM Leny, nieaktywnej od dnia zaginięcia. Sygnał odbił się od masztu w rejonie, w którym od dwóch tygodni trwały pożary torfowisk i ewakuacja wsi.
Marek od trzech lat nie był ratownikiem. Miał chore kolano, wilgoć w płucach i zakaz zbliżania się do akcji terenowych. Ale miał też plecak gotowy od dnia, w którym policjant powiedział matce: „Proszę zaakceptować stratę”.
O 03:10 zamknął drzwi mieszkania. Na klatce schodowej czekała sąsiadka, pani Halina, w szlafroku i z latarką.
— Marek — szepnęła. — Przed chwilą ktoś wrzucił to do twojej skrzynki.
Podała mu kopertę bez znaczka. W środku była fotografia Leny stojącej przy starym peronie. Na odwrocie napisano ołówkiem: „Stacja Zorza odjeżdża tylko raz”.