Nina mogła zawrócić. Mogła oddać Tolę matce, pójść na policję, upaść na kolana przed normalnym światem i błagać, żeby jednak istniał. Ale normalny świat już raz zabrał jej brata, przykleił mu etykietę podpalacza i kazał rodzinie milczeć. Nie miała zamiaru powtórzyć tego błędu.
Zadzwoniła do jedynej osoby, która nienawidziła Aurelii bardziej niż ona: do Igora Wenty, byłego strażaka, wyrzuconego ze służby po tym, jak oskarżył firmę o fałszowanie raportów przeciwpożarowych. Igor mieszkał w warsztacie za torami i naprawiał motocykle, choć jego ręce wciąż układały się do trzymania węża gaśniczego.
— Jeśli to pułapka, zginiemy — powiedział, gdy usłyszał nagrania.
— Jeśli nie pójdziemy, Adam już zginął, tylko jeszcze o tym nie wiem.
Igor spojrzał na Tolę, która karmiła znalezionego po drodze jeża okruszkami bułki.
— Dziecka nie zabieramy.
— Dziecko już jest w środku — odparła Tola, nie podnosząc wzroku. — Tylko wy jeszcze stoicie na brzegu.
Po południu wjechali do rezerwatu starym leśnym duktem. Ogień szedł od północy, ale nie zachowywał się naturalnie. Płomienie tworzyły korytarze, zostawiając nietknięte pasy mchu i paproci, jakby ktoś prowadził je niewidzialną ręką. Dym tłumił dźwięki. Nawet ptaki milczały.
Przy pierwszym posterunku Aurelii znaleźli spalone tablice ostrzegawcze i porzucony dron. Igor rozkręcił obudowę, wyjął kartę pamięci i zaklął.
— Oni monitorowali nie pożar, tylko nas.
Nina poczuła, że ktoś ich obserwuje. Między drzewami mignął czarny kształt. Potem drugi. Nie byli sami.
Uciekali przez jar porośnięty kruszyną, gdy rozległ się strzał. Kula uderzyła w pień tuż obok głowy Igora. Tola krzyknęła, a jej lisie uszy na plecaku podskoczyły absurdalnie, dziecięco, w samym środku koszmaru. Nina chwyciła ją i zsunęła się po zboczu w dół, rozdzierając dłonie o kamienie.
Na dnie jaru odkryli wejście do starego przepustu. Woda sięgała kostek i była lodowata. Metalowy kafelek w plecaku Toli zaczął świecić. Na ścianach pojawiły się obrazy: twarz Adama w świetle latarki, ludzie w kombinezonach wrzucający beczki do szczeliny, podpisywane nocą dokumenty, Rudzki przyjmujący kopertę w samochodzie.
Nina szła jak zahipnotyzowana.
— To dowody — wyszeptała. — Las to nagrał.
— Nie las — powiedziała Tola. — Woda.
Nagle wśród obrazów pojawiła się matka Niny. Młodsza, w roboczym fartuchu laborantki. Nina zatrzymała się. Nigdy nie wiedziała, że matka pracowała dla poprzedniej spółki badającej ten teren. Kobieta na ścianie mówiła bez dźwięku, ale Nina czytała z ruchu warg: „Nie wolno otwierać studni, jeśli ktoś niesie winę”.
Potem obraz zmienił się w dzień jej śmierci. Oficjalnie był to wypadek samochodowy. W wizji matka uciekała przez las z takim samym niebieskim kafelkiem w ręku. Za nią biegli ludzie.
Nina zachwiała się.
— Adam wiedział — powiedziała. — Dlatego przepraszał. Ukrywał przede mną, że mama nie zginęła przypadkiem.
Igor dotknął jej ramienia.
— Później będziesz nienawidzić, teraz idziemy.
Korytarz wypchnął ich na polanę, której nie było na żadnej mapie. Stała tam stara drewniana wieża obserwacyjna, przechylona jak zmęczony strażnik. U jej stóp leżało okrągłe jezioro, gładkie i czarne. Słońce właśnie dotykało linii drzew. Pierwszy błękit zapalił się pod powierzchnią.
A po drugiej stronie polany czekała Marta Siewierska z komisarzem Rudzkim i ludźmi w maskach.
— Dziękuję, że przyprowadziła pani klucz — powiedziała Siewierska, patrząc nie na kafelek, lecz na Tolę.