Nina Krawiec pracowała nocą w miejskim centrum powiadamiania ratunkowego w Słonej Woli, miasteczku na granicy lasów, kopalnianych hałd i wysychających torfowisk. Nauczyła się rozpoznawać po oddechu, kto kłamie, kto panikuje, a kto już pożegnał się z życiem, tylko jeszcze nie znalazł słów. O trzeciej siedemnaście nad ranem system zarejestrował zgłoszenie bez numeru. Na ekranie pojawił się jedynie pusty identyfikator i zapis: „pakiet opóźniony, źródło nieznane”.
Nina założyła słuchawki.
Najpierw był trzask, potem szum, jakby ktoś stał nad wielką muszlą i słuchał morza. A potem głos.
— Ninka… jeśli to odsłuchujesz, nie dzwoń na policję. Oni mają kogoś w środku. Jestem przy Błękitnej Studni. Nie ufaj mapom. Woda świeci tylko po zachodzie. I… przepraszam za tamten dzień.
Nina zerwała się z krzesła tak gwałtownie, że kubek z kawą spadł na podłogę. Głos należał do jej brata, Adama, zaginionego od dziewięciu miesięcy. Według prokuratury uciekł po tym, jak oskarżono go o podpalenie magazynu firmy Aurelia Minerals, która prowadziła „badania geologiczne” w rezerwacie Brzeziny. Według Niny Adam nie uciekł. Zniknął po tym, jak odkrył coś, o czym nie zdążył jej powiedzieć.
Dyżurny technik, Leon, spojrzał znad monitora.
— Co jest?
Nina wahała się sekundę za długo. Gdyby zgłosiła wiadomość oficjalnie, nagranie trafiłoby do komendy, a komenda od miesięcy powtarzała słowa rzeczniczki Aurelii jak pacierz: „nie ma dowodów na nieprawidłowości”.
— Fałszywy pakiet — skłamała. — Zakłócenia.
Ale system nie był tak łaskawy. Po czterech minutach przyszedł drugi plik. Tym razem szept Adama był szybszy, urwany.
— Oni podpalą północny pas, żeby oczyścić teren. Jeśli ogień dojdzie do starej wieży, studnia się otworzy. Ninka, znajdź dziewczynkę z lisim plecakiem. Ona widziała wejście.
Na końcu nagrania zabrzmiało dziecięce nucenie melodii, którą Nina znała z dzieciństwa. Kołysanka ich matki. Tylko że matka umarła piętnaście lat temu, a Adam nigdy nie śpiewał.
Nina spojrzała na mapę rezerwatu. Nie było tam Błękitnej Studni, starej wieży ani żadnej drogi, która mogłaby prowadzić do miejsca z opisu. Była za to czerwona plama: zgłoszenie pożaru w północnym pasie Brzezin, przyjęte właśnie przez innego operatora.
W tej samej chwili do centrum wszedł komisarz Rudzki, człowiek, który prowadził sprawę Adama i zamknął ją z podejrzaną szybkością. Nie powinien wiedzieć o wiadomości. A jednak patrzył prosto na Ninę.
— Pani Krawiec — powiedział. — Proszę ze mną. Musimy porozmawiać o pani bracie.
Nina odłączyła słuchawki, wsunęła pendrive do portu i skopiowała pliki, zanim Rudzki zdążył dojść do jej stanowiska. Potem zrobiła coś, czego nigdy w życiu nie zrobiła w pracy: uciekła tylnym wyjściem.