Adam zawiózł Lenę nie na policję, lecz do pustego biura rachunkowego swojej siostry we Wrzeszczu. Dopiero tam zamknął drzwi na trzy zamki i postawił przed nią szklankę wody.
— Musimy zgłosić to rano. Teraz nie wiemy, kto odbierze telefon — powiedział.
— Widziałam Reja. On ją zabił.
Adam zbladł, lecz nie wyglądał na zaskoczonego. To było pierwsze pęknięcie w tym, co Lena myślała o jego uczciwych oczach.
— Znasz go lepiej, niż mówiłeś? — spytała.
Nie odpowiedział od razu. Wyjął telefon, baterię, kartę SIM. Dopiero potem podwinął rękaw koszuli. Na jego przedramieniu widać było niewielką bliznę w kształcie półksiężyca.
— Cztery lata temu byłem aplikantem w kancelarii, która obsługiwała Aurantę. Ludzie, którzy zadawali pytania, kończyli ze znakiem. Ostrzeżeniem. Ja miałem szczęście.
Lena odruchowo dotknęła swojego nadgarstka. Od dziecka miała tam ciemne znamię, przypominające rozlaną kroplę atramentu. Matka mówiła, że to „pocałunek nocy” i kazała je zakrywać bransoletką. Gdy Lena pokazała je Adamowi, jego twarz stężała.
— To nie jest zwykłe znamię.
— Nie zaczynaj. Słyszałam już bajki.
— To znak rodzin z programu klinicznego. Auranta testowała terapię genową na noworodkach, zanim dostała zgodę. Dzieci oznaczano w dokumentach symbolem czarnej kropli.
Świat Leny skurczył się do punktu na skórze. Chciała się roześmiać, bo to brzmiało jak paranoiczna opowieść z nocnego forum, ale Adam otworzył laptop i pokazał jej skan starej listy pacjentów. Wśród zamazanych nazwisk było jedno niezamazane: Karska, Lena, ur. 1998.
Zanim zdążyła krzyknąć, włączył się telewizor wiszący w rogu biura. Sam. Na ekranie pojawił się kanał informacyjny. Pasek na dole głosił: „Tragiczny wypadek w Izbie Arbitrażu. Poszukiwana pracownica może mieć związek ze śmiercią prawniczki.”
Zdjęcie Leny, to z firmowego identyfikatora, patrzyło prosto w kamerę.
Adam ściszył dźwięk, ale nie zdążył. Prezenter dodał:
— Według nieoficjalnych źródeł kobieta cierpi na zaburzenia pamięci i była leczona psychiatrycznie.
Lena cofnęła się, jakby ktoś uderzył ją w twarz. O leczeniu wiedziały tylko dwie osoby: matka i lekarz. Matka nie żyła od sześciu miesięcy.
Wtedy do drzwi zapukano trzy razy. Powoli, cierpliwie.