W wieżowcu „Latarnia”, najwyższym budynku nad Motławą, nocą nie gasły światła. Na jedenastym piętrze mieściła się Izba Arbitrażu Korporacyjnego — miejsce, gdzie bogaci kłócili się po cichu, podpisywali ugody bez kamer i wychodzili czystsi niż przed wejściem. Lena Karska pracowała tam jako stenotypistka. Miała słuch tak dobry, że potrafiła odróżnić kłamstwo po sekundzie pauzy, lecz od roku udawała, że nie słyszy więcej, niż powinna.
Tego wieczoru została po godzinach, by przepisać zeznania w sprawie spółki medycznej Auranta. W dokumencie brakowało jednego zdania. Tylko jednego. Zdania, które mogło kosztować kogoś fortunę albo wolność. Gdy wróciła po pendrive do sali przesłuchań, zobaczyła przez matowe szkło dwie sylwetki. Jedna należała do sędziego arbitrażowego, Jakuba Reja, człowieka o głosie gładkim jak marmur. Druga do kobiety w czerwonym płaszczu.
— Nie możesz tego ujawnić — powiedział Rej.
— Już wysłałam kopię — odparła kobieta.
Potem padł huk, krótki i stłumiony, jak pęknięcie żarówki. Lena cofnęła się, zahaczyła łokciem o stojak z aktami, a metalowy segregator spadł na podłogę. Sylwetka za szkłem odwróciła głowę. Lena uciekła do archiwum, wcisnęła się między regały i zakryła usta dłonią.
Po minucie usłyszała kroki. Nie ciężkie, paniczne, lecz spokojne. Ktoś wszedł do archiwum i zatrzymał się tuż obok. Przez szczelinę między aktami Lena zobaczyła buty — czarne, idealnie wypastowane — oraz kroplę krwi, która spadła na podłogę. Potem głos Jakuba Reja wyszeptał:
— Stenotypistki zawsze słyszą za dużo.
Kiedy ucichł, Lena wybiegła klatką ewakuacyjną. W połowie schodów zderzyła się z kimś tak mocno, że prawie spadła. To był Adam Wirski, nowy prawnik z działu compliance, z którym od trzech miesięcy wymieniała uprzejme wiadomości o kawie, raportach i deszczu, nigdy nie przyznając, że czeka na te wiadomości bardziej niż na pensję.
— Lena? Co się stało?
Chciała powiedzieć „morderstwo”, ale z jej gardła wydobył się tylko świst. Adam zobaczył krew na jej rękawie. Nie jej krew. Spojrzał w górę schodów, potem na nią.
— Chodź. Natychmiast.
Nie zapytał, czy mu ufa. Po prostu podał jej dłoń, a ona ją chwyciła.