Wieczorem firma opustoszała, lecz Marta nie wróciła do hotelu. Adam zabrał ją do swojego gabinetu na siódmym piętrze, gdzie przez panoramiczne okno widać było kontenery ustawione w równe, kolorowe rzędy. Wyglądały jak klocki dziecka, które bawiło się w ukrywanie zwłok.
— Mów — zażądała Marta.
Adam nalał wodę do dwóch szklanek. Żadnej nie wypił.
— Mój brat, Kuba, pracował tu jako kierowca. Odkrył, że część kontenerów jest odprawiana pod fałszywymi numerami. Nie chodziło o narkotyki ani broń. To był handel ludźmi, ale inaczej niż myślisz. Nie przewozili ciał przez granicę. Przewozili ich tożsamości.
— Dokumenty?
— Paszporty, dane biometryczne, profile pracownicze. Ludzie znikali z systemów, a ktoś inny zaczynał żyć na ich miejsce. Dla banku, dla urzędu, dla ubezpieczalni.
Marta poczuła zimno pod skórą.
— Czarny paragon?
— Dowód zapłaty za milczenie. Symbol wewnętrznego kręgu. Kiedy ktoś brał pieniądze, dostawał paragon. Kiedy chciał mówić, dostawał znak.
— Wypalony na ciele.
Adam skinął głową.
Przez chwilę słyszeli tylko buczenie klimatyzacji. Napięcie między nimi miało dziwny, niebezpieczny kształt. Marta wiedziała, że nie powinna zostać z nim sama. Wiedziała też, że jego ból nie wyglądał na wyuczony.
— Dlaczego pracujesz dla Heleny, jeśli podejrzewasz, że za tym stoi?
— Bo nikt z zewnątrz nie przeżywa wystarczająco długo, żeby coś znaleźć.
W tej chwili zgasło światło.
Awaryjne lampy zapaliły się czerwienią. Drzwi gabinetu zatrzasnęły się automatycznie, blokując zamek. Na ekranie komputera Adama pojawiło się nagranie z monitoringu: Marta w archiwum, robiąca zdjęcie paragonu. Potem obraz zmienił się. Pokój socjalny. Leon, który wyjmuje z kubka zgnieciony paragon i chowa go do kieszeni.
Na ekranie pojawił się komunikat: „ŚWIADEK JUŻ NIE JEST ŚWIADKIEM”.
Marta rzuciła się do drzwi. Adam złapał za telefon, ale brakowało sygnału.
— Serwerownia — powiedział. — Ktoś przejął system budynku.
— Leon.
— Albo ktoś chce, żebyśmy tak pomyśleli.
Wybili szybę w bocznych drzwiach gaśnicą i wydostali się na korytarz. Alarm nie działał. Windy stały. Z klatki schodowej dobiegały kroki — wolne, ciężkie, pewne.
Adam pociągnął Martę do archiwum zarządu. W środku, za regałem z aktami, odkrył sejf w ścianie.
— Znalazłem go miesiąc temu, ale nie znałem kodu — powiedział.
Marta spojrzała na czarny paragon w telefonie. Cena: 1 zł. Data: 10.07. Godzina: 03:17.
Wpisała 10070317.
Sejf kliknął.
W środku leżały stare kasety miniDV, pendrive i czerwony płaszcz starannie złożony w plastikowym worku.
Zanim zdążyli cokolwiek zabrać, na progu stanęła komisarz Irena Gołąb z pistoletem w dłoni.
— Odsuńcie się od sejfu — powiedziała. — Oboje.