Policja przyjechała po dwunastu minutach, ale Marta odniosła wrażenie, że ktoś czekał na nich znacznie wcześniej. Komisarz Irena Gołąb, niska kobieta o lodowatych oczach, poprosiła wszystkich do sali konferencyjnej. Zadawała pytania powoli, jakby każde słowo było haczykiem.
— Kto ostatni widział Szymona Baryłę żywego?
Zgłosiły się trzy osoby. Magazynier, recepcjonistka i praktykant z działu IT. Każdy mówił coś innego. Magazynier twierdził, że Baryła szedł do chłodni. Recepcjonistka, że odbierał telefon. Praktykant, że kłócił się z kobietą w czerwonym płaszczu.
— Jaką kobietą? — spytała Marta, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Chłopak zerknął na Adama, a potem spuścił wzrok.
— Nie wiem. Nie widziałem twarzy.
Po przesłuchaniu Marta odszukała go przy automacie. Miał plakietkę: „Leon, stażysta”. Ręce trzęsły mu się tak mocno, że monety wypadły mu na podłogę.
— Widziałeś więcej — powiedziała.
— Nie.
— Policji też skłamałeś?
Leon spojrzał na kamerę w rogu pokoju socjalnego.
— Tu wszędzie są uszy.
Marta wyłączyła ekspres, który syczał jak ostrzeżenie.
— W takim razie napisz.
Leon wyjął z kieszeni paragon po batoniku i na odwrocie nabazgrał dwa słowa: „Pani Prezes”. Potem dopisał: „ZNAK NA DŁONI”.
Prezesem VertoLine była Helena Morawiec, kobieta, której zdjęcie wisiało w głównym holu: srebrne włosy, perły, uśmiech wytrenowany na konferencjach gospodarczych. Według oficjalnej historii zaczynała od jednego busa, który prowadził jej ojciec. Według plotek ojciec zniknął, bus spłonął, a Helena odziedziczyła klientów razem z długami.
— Dlaczego nic nie powiedziałeś policji? — zapytała Marta.
Leon przełknął ślinę.
— Bo Szymon też chciał powiedzieć.
Wtedy do pokoju wszedł Adam. Leon natychmiast zgniótł paragon i wrzucił go do kubka po kawie.
— Marta, komisarz chce jeszcze z tobą porozmawiać — oznajmił Adam.
Brzmiał uprzejmie. Zbyt uprzejmie.
Gdy szli korytarzem, Marta poczuła jego dłoń na swoim łokciu. Nie mocny chwyt, raczej sygnał: uważaj.
— Nie ufaj stażyście — szepnął Adam.
— Mam za to zaufać tobie?
— Nie. Ale jeśli znalazłaś czarny paragon, jesteś już częścią sprawy.
Zatrzymała się.
— Skąd wiesz, jak go nazwałam?
Adam nie odpowiedział. Zamiast tego wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki mały metalowy brelok. Był na nim ten sam znak: prostokąt i trzy kreski.
— Bo mój brat miał taki wypalony na ręce, kiedy wyłowili go z kanału portowego dziesięć lat temu.