Marta przez całą noc nie zasnęła. Adam siedział na podłodze pod drzwiami i udawał, że czyta akta, ale co chwilę spoglądał w jej stronę. Między nimi wisiało zaufanie cienkie jak włos i równie łatwe do zerwania.
— Dlaczego mi pomagasz? — zapytała nad ranem.
— Bo moja siostra zginęła w sprawie oznaczonej taką samą spiralą.
— To oficjalna wersja?
— Oficjalnie przedawkowała leki. Nieoficjalnie znalazła listę dzieci z programu.
Marta chciała mu wierzyć. To był problem. W pracy przyzwyczaiła się do ludzi, którzy mówili piękne rzeczy tylko po to, by podpisać brzydkie umowy. Adam zaś mówił brzydkie rzeczy tak, jakby nie miał już siły ich wygładzać.
Wrócili do Lumen Risk, zanim biurowiec naprawdę się obudził. Plan był prosty: dostać się do serwera izolowanego, skopiować oryginalne pliki i sprawdzić, kto je załadował. Plan rozpadł się po siedmiu minutach.
Karta Marty nie działała. Karta Adama otworzyła drzwi, ale jednocześnie uruchomiła cichy alarm. Na monitorze w recepcji pojawił się komunikat: „TEST EWAKUACYJNY”. Pracownicy zaczęli wychodzić z biur, zaspani i zirytowani, nie wiedząc, że test był dla nich zasłoną.
W archiwum ktoś czekał. Nie prezes Solski. Nie ochroniarz. To była Nina, asystentka zarządu, dziewczyna od pastelowych marynarek, która zawsze przynosiła ciasto w piątki.
— Marta, oddaj klucz sprzętowy — powiedziała spokojnie.
— Ty? — Adam stanął przed Martą.
Nina westchnęła.
— Nie ma żadnego „ty”. Są tylko ludzie, którzy rozumieją, że pamięć to surowiec, i ludzie, którzy udają moralnych, dopóki ktoś nie pokaże im rachunku za życie.
Rzuciła na biurko tablet. Na ekranie było nagranie z mieszkania Marty. Widać było małą Zosię, córkę sąsiadki, śpiącą na kanapie pod kocem w żółte gwiazdki. Obok stał mężczyzna w kapturze.
Marta poczuła, jak świat zwęża się do jednego punktu.
— Oddaj pliki, a dziecko obudzi się w swoim łóżku — powiedziała Nina. — Zrób scenę, a zostaniesz potworem z wiadomości.
Adam szepnął:
— Oni i tak jej nie puszczą.
Marta wiedziała, że ma rację. Ale wiedziała też coś jeszcze: przez lata w archiwum nauczyła się, że każda firma ma procedury, a każda procedura ma martwy kąt. Włożyła klucz sprzętowy do portu, udając poddanie. System poprosił o hasło głosowe.
Nina uśmiechnęła się zwycięsko.
— Autoryzacja: Łęcka, Marta — powiedziała Marta wyraźnie. — Protokół czarna przędza, tryb publiczny.
Nie miała pojęcia, czy to zadziała. Słowa przyszły znikąd, jak wspomnienie zapisane w mięśniach. Przez sekundę nic się nie wydarzyło. Potem wszystkie ekrany w biurowcu rozbłysły tym samym nagraniem: parking, kobieta w czerwonym szalu, chłopiec z kotem i odbicie twarzy Marty.
Ale obraz nie zatrzymał się tam, gdzie wcześniej. Pokazał dalszy ciąg.
Na nagraniu Marta — młodsza o może dwadzieścia lat, jeszcze dziecko — stała obok Leona. Niemożliwe, a jednak prawdziwe. Tylko że to nie była obecna Marta. To była projekcja z archiwum programu, nałożona na obraz parkingu przez system, który rozpoznawał dawne dzieci po znamionach. Jej twarz była podpisem, kluczem, przynętą.
Nina po raz pierwszy straciła spokój.
— Wyłącz to!
Wtedy Adam pocałował Martę. Nie romantycznie, nie filmowo, ale nagle i desperacko, zasłaniając jej twarz przed kamerą identyfikacyjną. Jednocześnie wsunął jej do dłoni drugi nośnik.
— Uciekaj do zegarmistrza — szepnął. — Tam jest kopia listy.
Drzwi archiwum otworzyły się z hukiem. Weszli ochroniarze.
Marta uciekła przez serwerownię, słysząc za sobą głos Adama i krzyk Niny. Nie wiedziała, czy pocałunek był pożegnaniem, czy tylko kolejnym elementem planu. Najgorsze, że chciała, by był czymś więcej.