Marta uciekła schodami, bo windy nagle przestały działać. Na dwunastym piętrze minęła prezesa Lumen Risk, Marka Solskiego, który rozmawiał z kimś przez słuchawkę. Gdy ją zobaczył, przerwał w pół zdania. Uśmiechnął się tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy wiedzą, że mają twoje życie w segregatorze.
Na ulicy deszcz mieszał się z pyłem z remontowanej kamienicy. Marta wsiadła do tramwaju bez sprawdzania numeru. Dopiero po kilku przystankach zauważyła, że Adam stoi obok drzwi. Nie śledził jej nieudolnie; śledził ją tak, żeby wiedziała, że śledzi.
— Wysiądź ze mną — powiedział, gdy tramwaj zatrzymał się przy pustym przystanku.
Powinna była krzyknąć. Zamiast tego wysiadła. W jego głosie było coś, co brzmiało nie jak rozkaz, lecz jak strach.
Zaprowadził ją do małej kancelarii nad zakładem zegarmistrza. Wewnątrz pachniało kurzem, kawą i metalem. Na biurku leżała teczka z jej nazwiskiem.
— Zbierasz informacje o współpracownicach? — spytała Marta.
— Zbieram informacje o ofiarach — odpowiedział Adam.
Otworzył teczkę. Były tam zdjęcia kobiet z podobnym znamieniem na szyi lub obojczyku. Jedna z nich miała czerwony szal z nagrania. Nazywała się Ewa Tarnowska, była psycholożką dziecięcą i dwa dni temu oficjalnie „wyjechała za granicę”.
— Została zabita — powiedziała Marta.
— Tak. A chłopiec z nagrania to jej pacjent. Siedmioletni Leon. Zniknął tej samej nocy.
Marta poczuła, jak robi jej się zimno w palcach. Pluszowy kot z nagrania wrócił do niej jak obraz z własnego snu. Dziecko, parking, czerwona plama. I ta niemożliwa twarz w odbiciu.
Adam tłumaczył szybko. Przed laty istniał zamknięty program adopcyjny dla dzieci z rodzin powiązanych z pewnym funduszem medycznym. Oficjalnie chodziło o opiekę nad sierotami. Nieoficjalnie — o testowanie metod wpływania na pamięć traumatyczną i zeznania. Dzieci, które przechodziły procedury, oznaczano dyskretnie w dokumentacji symbolem „przędzy”. U części z nich zostawały charakterystyczne blizny po mikrozabiegach na szyi.
Marta roześmiała się nerwowo.
— Chcesz powiedzieć, że ja byłam jednym z tych dzieci?
Adam nie odpowiedział. Wystarczyło, że nie zaprzeczył.
Wtedy w kancelarii odezwał się stary telefon stacjonarny, choć Marta była pewna, że kabel nie jest podłączony. Adam podniósł słuchawkę. Po chwili pobladł i podał ją Marcie.
W słuchawce usłyszała dziecięcy szept:
— Pani Marta? Kot mówi, że pani już raz mnie uratowała. Proszę sobie przypomnieć.
Połączenie się urwało. Na szybie kancelarii, od zewnątrz, ktoś narysował palcem cienką spiralę z czarnego pyłu.