W biurowcu przy ulicy Nadwiślańskiej wszystko było przezroczyste: ściany sal konferencyjnych, windy, kubki z filtrowaną wodą, a nawet uśmiechy ludzi z działu PR. Tylko jedno miejsce pozostawało zawsze zamknięte — archiwum dowodów cyfrowych firmy Lumen Risk, prywatnej agencji zajmującej się analizą kryzysów dla bogatych klientów.
Marta Łęcka pracowała tam od trzech lat. Nie była detektywem, nie nosiła broni, nie zadawała pytań. Jej obowiązkiem było katalogowanie cudzych sekretów: nagrań z kamer, billingów, kopii dysków, zdjęć, których nikt rozsądny nie powinien oglądać po zmroku. Była dobra, bo potrafiła milczeć.
Tego poniedziałku dostała zlecenie oznaczone czarną etykietą. Takie paczki obsługiwał zwykle zarząd, lecz system przydzielił je właśnie jej. Na ekranie pojawił się folder: „SPRAWA: WISŁA/0”. W środku były trzy pliki wideo i jeden dźwiękowy. Marta powinna była tylko sprawdzić, czy się otwierają, nadać im sygnatury i odłożyć do serwera izolowanego.
Pierwsze nagranie pokazywało podziemny parking luksusowego hotelu. Kamera drżała, jakby obraz pochodził z telefonu ukrytego w kieszeni. Widać było mężczyznę w płaszczu, kobietę w czerwonym szalu i chłopca trzymającego pluszowego kota z naderwanym uchem. Marta zatrzymała oddech, bo chłopiec obejrzał się prosto w obiektyw.
Drugie nagranie było czarne. Słychać było tylko kroki, odgłos windy i szept: „Jeśli zobaczyła przędzę, nie dożyje piątku”.
Trzecie nagranie otworzyło się samo, zanim Marta zdążyła kliknąć. Na ekranie pojawiła się martwa kobieta leżąca na posadzce parkingu. Czerwony szal był teraz czarny od krwi. Obok jej dłoni ktoś narysował cienką linię przypominającą nitkę, wijącą się w kształt spirali.
Marta chciała zamknąć plik, ale wtedy zobaczyła coś gorszego: na szybie zaparkowanego auta odbijała się twarz świadka. Nie chłopca. Nie sprawcy. Jej twarz.
Nie mogła być na tym parkingu. Tego wieczoru siedziała w domu, jadła zupę z pudełka i oglądała bajkę z córką sąsiadki, ponieważ obiecała pomóc w opiece. A jednak odbicie było wyraźne: jej włosy, jej okulary, a na szyi niewielkie znamię w kształcie haczyka, którego zawsze się wstydziła.
Drzwi archiwum otworzyły się cicho. Do środka wszedł Adam Rylski, nowy prawnik firmy, człowiek, który od miesiąca pojawiał się przy ekspresie dokładnie wtedy, gdy Marta kończyła parzyć kawę. Miał oczy zmęczone, ale uśmiech zbyt spokojny.
— Tego pliku nie powinno tu być — powiedział.
— To groźba czy informacja? — zapytała Marta, zamykając laptop jednym ruchem.
Adam spojrzał na kontrolkę kamery w rogu pomieszczenia. Nie świeciła się. To było niemożliwe. Kamery archiwum działały zawsze.
— Jedno i drugie — odparł. — Jeśli chcesz żyć, nie zgłaszaj tego policji.
W tej samej chwili na telefon Marty przyszedł SMS z nieznanego numeru: „Witaj z powrotem, świadku”.