Lena nie spała całą noc. Kaj drzemał na kanapie z Kropką przy stopach, jakby kotka naprawdę była jego ochroniarzem. Alicja siedziała przy kuchennym stole i po raz pierwszy od lat opowiadała.
Dwadzieścia lat wcześniej prowadziła sprawę zabójstwa biznesmena. Dowody były słabe, ale pojawił się świadek koronny, nagranie i ekspertyza systemu, który miał analizować „ryzyko kłamstwa”. System stworzyła mała grupa informatyków i prawników. Nazywali go Atramentem, bo „wypełniał białe plamy w aktach”. Alicja wydała wyrok. Skazany powiesił się w celi. Rok później wyszło na jaw, że świadek kłamał, nagranie było pocięte, a ekspertyzę dopisano po fakcie.
— Chciałam to ujawnić — powiedziała matka. — Wtedy pokazali mi zdjęcia ciebie ze szkoły. Zrozumiałam.
— Zrozumiałaś, że lepiej milczeć? — głos Leny pękł.
Alicja nie broniła się.
Rano Oskar przyszedł do mieszkania bez zapowiedzi. Lena wpuściła go tylko dlatego, że znał drugą część hasła, które Mira zostawiła w metadanych pliku. Pierwsza brzmiała: „czarny”. Druga, według Oskara: „nie jest kolorem, tylko brakiem światła”.
— Mira była moją siostrą przyrodnią — powiedział, zanim Lena zdążyła go oskarżyć. — Dowiedziałem się trzy miesiące temu. Zatrudniła się w Atramencie, żeby znaleźć dowody na śmierć naszego ojca. Myślałem, że ją chronię, biorąc spółkę jako klienta. Chciałem być blisko. Spóźniłem się.
Lena chciała mu wierzyć. Nienawidziła siebie za to. Oskar wyjął z kieszeni mały dyktafon.
— Dzisiaj Gron ma zamkniętą prezentację dla prokuratury. Chce sprzedać nową wersję systemu: Werdykt. Jeśli podpiszą umowę, każdy protestujący, dłużnik, niewygodny dziennikarz może dostać cyfrową łatkę zagrożenia. Mira miała listę testowych ofiar.
— Skąd?
— Z tatuażu.
Wyjaśnił, że znak na nadgarstku Miry był wykonany atramentem reagującym na ultrafiolet. Pod trzema liniami ukryto mikrokod, który prowadził do zaszyfrowanego archiwum. Mira oznaczyła własne ciało, bo wiedziała, że rzeczy można ukraść, ale zwłok nikt nie będzie sprawdzał pod lampą, jeśli wszyscy uwierzą w samobójstwo.
Alicja podała Lenie starą lampę UV do banknotów. Pod światłem na wydruku zdjęcia pojawił się ciąg znaków.
Kaj, który dotąd udawał, że śpi, usiadł nagle.
— Ja wiem, gdzie jest końcówka hasła — powiedział. — Mira mówiła, że jak umrze, mam iść do pani w niebieskich butach. Myślałem, że chodzi o panią.
— Jaką panią?
— Tę z sądu. Zawsze karmi gołębie pod wejściem. I ma głos jak z radia.
Lena spojrzała na Oskara. „Drugi miał głos z radia” — powiedział Kaj o człowieku spod wiaduktu. Ale teraz mówił o kobiecie.
Wtedy Alicja upuściła kubek. Porcelana rozbiła się o podłogę.
— Prokurator Hanna Sól — wyszeptała. — To ona przyniosła mi wtedy fałszywą ekspertyzę.