Kaj mieszkał w bloku naprzeciwko wiaduktu. Twierdził, że w noc śmierci Miry nie spał, bo jego kotka, Kropka, utknęła na balkonie sąsiadki z klatki B. Wyszedł po nią na półpiętro i zobaczył przez brudne okno dwóch ludzi ciągnących dziewczynę do czarnego samochodu.
— Nie skoczyła? — spytała Lena, nagrywając jego słowa na telefon, bo kancelaryjny system nagle „przestał działać”.
— Nie. Ona już nie szła. Jeden pan miał parasol, chociaż nie padało. Drugi miał głos z radia.
— Głos z radia?
Kaj skinął głową.
— Taki, co mówi, że wszystko będzie dobrze, a potem i tak jest źle.
Oskar chciał przekazać chłopca policji. Lena odmówiła. Nie wiedziała jeszcze, komu można ufać, ale wiedziała, że dziecko z dowodem w plecaku zniknie szybciej niż plik z serwera Atramentu.
Pendrive zawierał tylko jeden folder: „Werdykt”. W nim — nagranie z kamery miejskiej, na którym Mira wchodziła do budynku Atramentu trzy godziny po oficjalnej godzinie swojej śmierci. I drugi plik, audio: rozmowa kobiety i mężczyzny.
„Nie mogę podpisać tej opinii” — mówiła kobieta głosem Miry. „Algorytm wskazuje winnych, zanim ktokolwiek popełni czyn. To nie jest bezpieczeństwo. To wyrok bez procesu”.
Mężczyzna odpowiedział spokojnie: „Miasto kocha spokój. A ludzie kochają winnych. Dajemy im jedno i drugie”.
Lena zatrzymała nagranie. Głos mężczyzny znała z telewizji. Należał do prezesa Atramentu, Filipa Grona, ulubieńca debat o bezpieczeństwie, człowieka, który obiecywał Polsce miasta bez strachu.
Oskar podszedł do okna. Na szkle odbiła się jego twarz, zmęczona i starsza niż zwykle.
— Nie możemy iść z tym do mediów — powiedział. — Bez pełnego kontekstu zniszczą nas za manipulację.
— Nas? — Lena poczuła ukłucie. — Czy twojego klienta?
Odwrócił się gwałtownie.
— Myślisz, że jestem po ich stronie?
Nie odpowiedziała. Między nimi od miesięcy wisiało coś niedopowiedzianego: długie spojrzenia nad aktami, przypadkowe dotknięcia dłoni przy ekspresie, nocne wiadomości o sprawach, które dawno mogły poczekać do rana. Lena bała się tego uczucia, bo Oskar był zbyt blisko tajemnic, a ona zbyt dobrze wiedziała, że najłatwiej zdradza ktoś, komu chce się wierzyć.
Wieczorem zawiozła Kaja do swojej matki. Alicja Wójcik otworzyła drzwi po trzecim dzwonku. Była drobna, siwa, w granatowym swetrze, z oczami ostrymi jak brzytwa.
Gdy zobaczyła znak Miry wydrukowany na zdjęciu, oparła się o ścianę.
— To nie jest symbol — wyszeptała. — To podpis.
— Czyj?
Matka spojrzała na Kaja, potem na córkę.
— Ludzi, którzy dwadzieścia lat temu nauczyli sądy, jak wydawać wyroki pod zamówienie.
W tej chwili telefon Leny zawibrował. Wiadomość od nieznanego numeru: „Oddaj chłopca, a twoja matka dożyje rana”.