Kiedy Lena Wójcik pierwszy raz zobaczyła czarną teczkę, leżała na jej biurku jak coś żywego — matowa, bez logo, z metalowym zamkiem, który nie odbijał światła. W kancelarii Horyzont & Partnerzy wszystko miało swoje miejsce: umowy w szarych segregatorach, akta karne w granatowych, sprawy rodzinne w zielonych. Czarna teczka nie pasowała do żadnej kategorii.
Lena była protokolantką, choć w praktyce robiła wszystko: przepisywała zeznania, umawiała klientów, parzyła kawę partnerom, a czasem słuchała za dużo. To ostatnie było jej wadą i największym talentem. Nauczyła się wyłapywać drżenie w głosie, mikropauzę przed kłamstwem, zbyt równy oddech człowieka, który mówi wyuczoną formułkę.
Tego ranka kancelaria pachniała tonerem, deszczem i nerwami. W sali konferencyjnej czekał nowy klient — spółka Atrament, gigant od systemów nadzoru miejskiego. Sprawę prowadził mecenas Oskar Rudzki, najzdolniejszy adwokat kancelarii, człowiek o uśmiechu tak spokojnym, że Lena nie wiedziała, czy bardziej chce mu zaufać, czy uciec.
— Nie otwieraj tego — powiedział, gdy zauważył teczkę na jej biurku.
Za późno. Lena zdążyła już zobaczyć pierwszą stronę: zdjęcie martwej dziewczyny leżącej pod wiaduktem przy Dworcu Zachodnim. Miała dwadzieścia dwa lata, blond włosy przyklejone do policzka i czarny znak na nadgarstku. Nie tatuaż ozdobny. Raczej symbol: trzy kreski przecinające okrąg.
— Kim ona była? — zapytała Lena.
Oskar przez chwilę milczał.
— Stażystką Atramentu. Nazywała się Mira Łaniewska. Oficjalnie samobójstwo. Nieoficjalnie ktoś bardzo chce, żebyśmy nie pytali.
Lena poczuła chłód pod żebrami. Znak na nadgarstku Miry widziała wcześniej. Nie na ciele człowieka, ale w starym notesie matki, schowanym między rachunkami i receptami. Matka Leny, była sędzia Alicja Wójcik, od lat nie wychodziła z mieszkania po załamaniu nerwowym. Kiedyś powtarzała córce: „Jeśli zobaczysz koło przecięte trzema liniami, nie ufaj żadnemu świadkowi”.
— Lena? — Oskar przyglądał się jej uważnie. — Zbladłaś.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, na recepcji wybuchło zamieszanie. Do kancelarii wbiegł chłopiec w za dużej kurtce, może dziesięcioletni, z mokrymi włosami i plecakiem w kocie naklejki. Ochroniarz próbował go zatrzymać, ale chłopiec wymknął się i podbiegł prosto do Leny.
— Pani spisuje prawdę? — zapytał bez tchu.
— Czasami — odpowiedziała ostrożnie.
Wyciągnął z plecaka pendrive w kształcie czerwonej rybki.
— Mira kazała mi dać to komuś, kto nie nosi garnituru.
W sali konferencyjnej nagle zapadła cisza. Oskar spojrzał na pendrive, potem na chłopca.
— Jak masz na imię?
— Kaj. A pan jest tym, przed którym miała uciekać.