Vellum Media następnego dnia działało jak zwykle. Recepcja pachniała drogimi świecami, stażyści nosili kawę, a na ekranie w holu zapętlono zwiastun finału dokumentu: „Aureliusz Veit. Werdykt, który podzieli naród”. Nikt nie wspominał o Filipie Narelu, choć jego gabinet oklejono policyjną taśmą.
Maja przyszła tylko po swoje rzeczy. Tak sobie powtarzała.
W rzeczywistości chciała znaleźć kopię zdjęcia i dowiedzieć się, dlaczego ktoś zabił człowieka dla starego kadru z zaplecza sceny.
Kacper czekał przy windzie technicznej.
— Jeśli wejdziesz sama, wyprowadzą cię w kajdankach albo w worku — powiedział.
— Romantyczny jesteś.
— Staram się, ale okoliczności są niekorzystne.
Przez sekundę uśmiechnęła się mimo woli. To było najgorsze: nawet teraz, kiedy mógł być zdrajcą, jej ciało pamiętało spokój, który czuła przy nim w pustej kuchni biurowej. Pamiętała, jak poprawił jej opatrunek po skaleczeniu papierem. Jak nigdy nie pytał o bliznę pod jej obojczykiem, tę dawną, po wypadku z dzieciństwa.
Weszli na piętro prawne, używając starej karty Filipa. Kacper twierdził, że ją znalazł. Maja nie pytała gdzie. W gabinecie dyrektorki produkcji, Niny Salet, odkryli sejf ukryty za panelem akustycznym. Kodem była data pierwszego koncertu Veita po uniewinnieniu sprzed lat.
W środku znajdowała się lista nazwisk. Nie celebrytów. Nie polityków. Zwykłych ludzi: garderobiana, kierowca, technik świateł, lekarz dyżurny. Przy każdym nazwisku widniał symbol pękniętej korony i kolor: biały, czerwony, czarny.
— Co oznaczają kolory? — zapytała Maja.
Kacper przełknął ślinę.
— Biały: kupiony. Czerwony: zastraszony. Czarny: usunięty.
Maja znalazła na liście imię swojej matki.
Ewa Różycka — garderobiana. Kolor: czerwony. Status: „dziecko zabezpieczone”.
Powietrze zniknęło z pokoju. Matka Mai zginęła, gdy Maja miała dziewięć lat, w wypadku samochodowym pod Radomiem. Ojciec zawsze mówił, że to był przypadek. Potem przestał mówić w ogóle.
— Wiedziałeś? — spytała.
Kacper milczał o sekundę za długo.
Uderzyła go w twarz. Nie mocno, ale wystarczająco, by między nimi pękło coś kruchego.
— Maja, ja szukałem tej listy, zanim cię poznałem. Mój brat był technikiem na tamtym koncercie. Zniknął dwa dni po przesłuchaniu. Oficjalnie wyjechał do Irlandii. Nie dotarł nawet na lotnisko.
— I dlatego zbliżyłeś się do mnie?
— Na początku tak.
To było uczciwe. Dlatego zabolało bardziej.
Nagle drzwi gabinetu otworzyły się bezszelestnie. Stała w nich Nina Salet, w idealnie białym garniturze, z telefonem przy uchu.
— Już są — powiedziała do kogoś. — Oboje.
Za jej plecami pojawili się ochroniarze. Kacper pchnął Maję w stronę drugiego wyjścia, ale Nina uniosła dłoń.
— Pani Różycka, proszę nie uciekać. Przecież całe życie pani przed tym uciekała. Przed faktem, że matka sprzedała pani milczenie za pani bezpieczeństwo.
Maja zatrzymała się.
— Kłamiesz.
— Oczywiście. W naszej branży to pierwszy język.
I wtedy na telefon Mai przyszła wiadomość z nieznanego numeru: „Jeśli chcesz poznać prawdę o Ewie, przyjdź dziś o 23:10 na peron 4. Sama. Kacper pracuje dla nich”.
Spojrzała na niego. A on, pierwszy raz odkąd go znała, wyglądał naprawdę przerażony.