Komisarz Lena Obuch nie wyglądała jak policjantka z telewizji. Nie krzyczała, nie groziła, nie rzucała teczkami. Siedziała naprzeciw Mai w sterylnej sali przesłuchań i patrzyła tak długo, aż człowiek sam zaczynał słyszeć własne kłamstwa.
— Pani Różycka, dlaczego była pani w archiwum po dwudziestej drugiej?
— Pracowałam.
— Nad czym?
Maja zawahała się. Gdyby powiedziała o kopercie, musiałaby ją pokazać. A koperta zniknęła. W jej torbie zostało tylko zdjęcie, które w panice wsunęła między okładki notesu.
— Nad materiałami do serialu o Veicie — odparła.
Komisarz położyła na stole wydruk z monitoringu. Widać było Maję wychodzącą z windy. Trzy minuty później obraz urywał się czarną plamą.
— Ktoś wyczyścił nagrania. Pani ma dostęp.
— Do archiwum, nie do serwera.
— Ale pani narzeczony ma.
Maja zesztywniała.
Nie miała narzeczonego. Miała za to kogoś, z kim od sześciu tygodni piła kawę o siódmej rano, gdy biuro jeszcze udawało uczciwe miejsce. Kacper Wolski, nowy dyrektor działu bezpieczeństwa danych, miał uśmiech człowieka, który nauczył się nie ufać nawet własnemu odbiciu. Był zbyt elegancki, zbyt spokojny i zbyt często pojawiał się tam, gdzie Maja potrzebowała pomocy.
— Kacper nie jest moim narzeczonym — powiedziała cicho.
— Ale wczoraj logował się do systemu tuż przed awarią monitoringu.
To bolało bardziej, niż powinno. Maja przypomniała sobie jego wiadomość z poprzedniego wieczoru: „Nie schodź dziś do archiwum. Proszę”. Uznała ją za żart, może troskę. Teraz brzmiała jak ostrzeżenie od człowieka, który wiedział za dużo.
Po przesłuchaniu czekał na nią przed komendą. Bez parasola, z mokrymi włosami przyklejonymi do czoła.
— Musimy porozmawiać — powiedział.
— Z policją już rozmawiałam.
— Policja ma w tej sprawie dziury. Niektóre noszą mundury.
Chciała go minąć, ale złapał ją za rękaw. Cofnęła się odruchowo, odsłaniając nadgarstek. Kacper pobladł na widok czarnego znaku.
— Kto ci to zrobił?
— Więc wiesz, co to jest.
Nie odpowiedział od razu. Rozejrzał się, jakby kamery miejskie miały uszy.
— To znak zamkniętego kręgu. Ludzi, którzy przez lata kontrolowali, co trafia do mediów, sądów i rodzin ofiar. Jeśli cię oznaczyli, to znaczy, że uważają cię za nośnik dowodu.
— Nośnik?
— Albo przynętę.
Wtedy Maja zrozumiała, że strach, który czuła od nocy, był zaledwie zapowiedzią. Prawdziwy lęk zaczął się teraz: od świadomości, że nie wystarczy być niewinną, jeśli ktoś potrafi napisać cudzą winę piękniejszym charakterem pisma.