W Warszawie padał deszcz tak gęsty, że ulice wyglądały jak wydrukowane na czarnym papierze. Maja Różycka siedziała sama w archiwum firmy Vellum Media, trzy piętra pod ziemią, gdzie nie dochodził zasięg telefonu, a świetlówki brzęczały jak owady uwięzione w szkle.
Była po godzinach, choć obiecała sobie, że więcej tego nie zrobi. Od trzech miesięcy porządkowała stare umowy koncertowe, nagrania prób, aneksy do kontraktów i poufne raporty dotyczące procesu Aureliusza Veita — legendarnego piosenkarza, oskarżonego o doprowadzenie do śmierci młodej tancerki przed laty. Cała Polska oglądała serial dokumentalny o sprawie. Vellum Media produkowało finałowy odcinek.
Maja nie interesowała się gwiazdami. Interesowały ją daty, podpisy i brakujące strony. Tylko w papierach ludzie naprawdę się zdradzali.
Tego wieczoru znalazła kopertę bez numeru. W środku leżała fotografia: kadr z kamery technicznej, ziarnisty, niemal czarny. Widać było korytarz zaplecza sceny, sylwetkę kobiety i mężczyznę w płaszczu z wysokim kołnierzem. Na odwrocie ktoś napisał: „Świadek żyje”.
Maja poczuła zimno na karku. W tej samej chwili za regałem zaszurały buty.
— Nie powinnaś była tego otwierać — powiedział mężczyzna.
Nie widziała jego twarzy. Tylko rękę w skórzanej rękawiczce i czarny pierścień z matowym kamieniem. Potem światło zgasło.
Maja rzuciła się do wyjścia, przewracając pudła. Ktoś złapał ją za nadgarstek. Poczuła pieczenie, jakby przyłożono jej rozgrzany metal. Ugryzła napastnika, wyrwała się i wypadła na klatkę schodową. Gdy dobiegła do lobby, ochroniarz spał z głową na biurku, a na ekranach monitoringu tańczyły martwe piksele.
Dopiero w domu zobaczyła znak na skórze: mały, czarny stempel w kształcie pękniętej korony.
Następnego ranka w archiwum znaleziono ciało kierownika produkcji, Filipa Narela. Policja uznała, że Maja była ostatnią osobą, która widziała go żywego.
A ona wiedziała tylko jedno: ktoś oznaczył ją jak przesyłkę, która ma nie dotrzeć do celu.