Nina Rudzka nauczyła się trzymać lewą rękę zawsze trochę niżej, bliżej biodra, tak aby mankiet koszuli zakrywał ciemne znamię na nadgarstku. Miało kształt nieregularnej plamy atramentu, jakby ktoś dawno temu przyłożył jej do skóry mokry stempel i zapomniał wyjaśnić, co oznacza. W dzieciństwie słyszała, że to „urok”, potem że „defekt”, a od matki — szeptane nocą: „Nigdy nikomu nie pokazuj”.
Pracowała w Fundacji Veridian, eleganckiej organizacji mieszczącej się w szklanym biurowcu nad Wisłą. Fundacja oficjalnie zajmowała się pomocą rodzinom zaginionych i cyfrową identyfikacją ofiar katastrof. Nieoficjalnie — przynajmniej tak żartowali stażyści — miała dostęp do większej liczby tajemnic niż prokuratura.
Nina była archiwistką danych. Jej świat składał się z haseł, kopii zapasowych, zamkniętych folderów i ciszy klimatyzowanej serwerowni. Lubiła tę ciszę. Nie wymagała pytań, nie dotykała jej nadgarstka wzrokiem.
W poniedziałek rano do działu audytu wszedł Leon Wyrzyk, nowy konsultant. Wysoki, spokojny, z uśmiechem człowieka, który umie przepraszać, zanim zrobi coś bezczelnego. Przedstawił się całemu piętru, ale kiedy podawał rękę Ninie, jego spojrzenie zatrzymało się o sekundę za długo na mankiecie.
— Pani Rudzka, prawda? — powiedział. — Słyszałem, że bez pani nie otwiera się tu żadna szafa z trupami.
— U nas trupy są zdigitalizowane — odparła chłodno.
Roześmiał się, jakby właśnie powiedziała coś pięknego. To ją zirytowało bardziej niż komplement.
Tego samego dnia po południu otrzymała wewnętrzne zgłoszenie: awaria w starym archiwum w piwnicy. System bezpieczeństwa pokazał nieautoryzowany dostęp do szafy numer C-19, tej samej, której nie otwierano od pięciu lat. Nina zeszła sama. Winda zatrzymała się z szarpnięciem, a korytarz przy magazynach pachniał wilgotnym papierem i ozonem.
Drzwi C-19 były uchylone.
W środku, między kartonami opisanymi numerami spraw zaginionych, leżał mężczyzna w granatowym garniturze. Nie znała go, ale znała identyfikator przypięty do klapy: „Marek Sol, dyrektor ds. etyki”. Nad jego uchem ciemniała rana, a pod palcami zaciskał pendrive oznaczony czarną taśmą.
Nina zrobiła krok w tył i nadepnęła na kawałek szkła. Wtedy z końca korytarza dobiegł dźwięk zamykanych drzwi.
Ktoś tam był.
Uciekła schodami pożarowymi, nie wołając nikogo. Dopiero w toalecie na parterze zorientowała się, że w dłoni trzyma pendrive zabrany z martwej ręki. Nie pamiętała, kiedy go wzięła. Nad umywalką odwinął jej się mankiet. Ciemne znamię pulsowało, jakby pod skórą poruszała się kropla czarnego światła.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer wysłał jedno zdanie: „Widziałaś za dużo, dziewczyno ze znakiem”.