Następnego ranka policja znalazła prezesa kancelarii, Marcina Groma, martwego w jego gabinecie. Media mówiły o zawale. Pracownicy o wypaleniu. W windzie, przy ekspresie i w toaletach szeptano jedno słowo: morderstwo.
Lena nie powiedziała nic.
Nie dlatego, że była tchórzem. Dlatego, że kiedy po północy wydostała się z archiwum, gabinet był pusty, ciało zniknęło, a na wykładzinie nie było ani jednej kropli krwi. Dopiero rano „odnaleziono” Groma przy biurku, z twarzą spokojną jak po dobrze przespanej nocy.
Gdyby zgłosiła, co widziała, stałaby się wariatką albo podejrzaną.
Jedyną osobą, która nie uwierzyła w wersję o zawale, był Oskar Radecki — nowy szef działu analiz dowodowych. Przyszedł do kancelarii trzy tygodnie wcześniej, miał zbyt eleganckie garnitury jak na człowieka od dokumentów i oczy, które nie zatrzymywały się na twarzy rozmówcy, tylko na szczegółach: zadrapaniu na biurku, plamie po kawie, drżącym palcu.
— Wczoraj zostałaś po godzinach — powiedział, kiedy spotkał Lenę w kuchni.
— Jak połowa tej firmy.
— Połowa tej firmy nie skasowała nagrań z kamer na trzydziestym drugim piętrze.
Lena zamarła.
— To oskarżenie?
— Ostrzeżenie. Ktoś zrobił to za ciebie. Albo przeciwko tobie.
Nie lubiła go. A raczej nie lubiła tego, jak łatwo wywoływał w niej chęć mówienia prawdy. Był typem człowieka, który wchodzi do pokoju i od razu przesuwa meble w cudzych głowach.
Po południu do kancelarii przyjechał inspektor Teodor Malec z wydziału zabójstw. Lena znała go z gazet. Był twarzą głośnego procesu sprzed lat, tego samego, którego nagrania przepisywała w nocy. Malec doprowadził wtedy do skazania technika scenicznego za śmierć piosenkarza. Teraz miał zmęczoną twarz i srebrne włosy, ale mówił z tą samą pewnością, która w telewizji uchodziła za sprawiedliwość.
— Pani Wyrzyk — zapytał łagodnie — czy prezes Grom miał wrogów?
Lena spojrzała na jego dłonie. Na małym palcu nosił sygnet z czarnym kamieniem.
Taki sam kamień widziała wczoraj w półmroku na ręce zabójcy.
— Nie wiem — odpowiedziała.
Malec uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały zimne.
— Wszyscy coś wiemy. Pytanie tylko, ile jesteśmy gotowi zapłacić za milczenie.
Kiedy odszedł, Lena odkryła w kieszeni marynarki małą karteczkę, której wcześniej tam nie było. Na niej narysowano czarną kreskę identyczną jak jej blizna oraz adres starego zakładu fotograficznego na Powiślu.
Pod spodem widniało zdanie: „Twoja matka też była świadkiem”.