O godzinie 22:17 na trzydziestym drugim piętrze biurowca Helix nie powinno już być nikogo poza ochroną, sprzątaczkami i ludźmi, którzy uciekali przed własnym życiem w nadgodziny. Lena Wyrzyk, stenotypistka pracująca dla kancelarii procesowej Grom & Partnerzy, należała do tej ostatniej kategorii.
Siedziała w salce konferencyjnej z widokiem na czarną Wisłę i przepisywała nagranie z przesłuchania świadka w sprawie sprzed piętnastu lat. Sprawa dotyczyła śmierci znanego piosenkarza, którego fani do dziś zapalali znicze pod muralem na Pradze. Oficjalnie: nieszczęśliwy wypadek po koncercie charytatywnym. Nieoficjalnie: układ producentów, polityków i policji, którzy potrzebowali martwej gwiazdy bardziej niż żywej.
Lena nie interesowała się legendami. Interesowała się poprawnymi przecinkami, terminami i tym, by nikt nie zauważył blizny na jej lewym nadgarstku. Blizna miała kształt małej czarnej kreski, jakby ktoś dotknął jej skóry rozgrzanym pędzelkiem z lakierem.
Kiedy w korytarzu zgasło światło, pomyślała, że to awaria. Potem usłyszała krótki męski krzyk.
Nie był to krzyk z filmu. Nie długi, nie dramatyczny. Bardziej przypominał urwane zdanie.
Lena wstała powoli, z telefonem w dłoni. Przez matowe szkło zobaczyła dwie sylwetki w gabinecie prezesa kancelarii. Jedna stała przy biurku. Druga chwiała się, jakby szukała oparcia w powietrzu. Potem ciało mężczyzny uderzyło o podłogę.
Lena cofnęła się, potrącając kubek. Porcelana rozbiła się na kaflach.
Sylwetka za szkłem odwróciła głowę.
Uciekła do archiwum, zamknęła drzwi od środka i wcisnęła się między regały. Wstrzymała oddech, gdy kroki zatrzymały się tuż za ścianą. Ktoś nacisnął klamkę. Raz. Drugi. Potem telefon Leny zawibrował.
Na ekranie pojawiła się wiadomość od nieznanego numeru: „Nie byłaś tu przypadkiem, Leno. Pokaż dłoń”.
Spojrzała na nadgarstek. Czarna blizna pulsowała, jakby pod skórą płynął atrament.
Wtedy drzwi archiwum otworzyły się z cichym kliknięciem.