Uciekli przez techniczny korytarz, który Adam znał zbyt dobrze jak na człowieka od etyki. Na parkingu podziemnym czekał mały elektryczny samochód z logo fundacji Meridian: stylizowany ptak z rozłożonymi skrzydłami. Lena usiadła obok niego, zanim rozsądek zdążył ją dogonić.
— Dokąd jedziemy? — spytała.
— Do miejsca, które oficjalnie nie istnieje.
— W tej firmie to chyba bardzo szeroka kategoria.
Adam uśmiechnął się po raz pierwszy naprawdę. Ten uśmiech był krótki, zmęczony i niebezpiecznie ludzki.
Po godzinie dotarli do dawnego klasztoru przerobionego na centrum artystyczne dla dzieci. Na bramie wisiała tablica: „Fundacja Jasny Głos”. W środku pachniało pastą do podłóg i mandarynkami. Na korytarzu grupa dzieci ćwiczyła piosenkę o zimie, fałszując z entuzjazmem.
— Meridian dalej finansuje chóry? — zapytała Lena.
— Tylko te, które dobrze wyglądają w reklamach — odparł Adam.
W małej sali czekała kobieta o siwych włosach splecionych w długi warkocz. Przedstawiła się jako Mira, dawna opiekunka z ośrodka pod Płockiem. Kiedy zobaczyła dłoń Leny, zasłoniła usta.
— Myślałam, że cię ukryli na zawsze.
— Kto?
— Twoja matka. I ja jej pomogłam.
Lena cofnęła się, jakby usłyszała wyrok.
Mira podała jej kopertę. W środku było zdjęcie: kilkanaścioro dzieci przed jasną kaplicą. W pierwszym rzędzie stał chłopiec o poważnych oczach — Adam. Obok niego mała dziewczynka z plastrem na dłoni — Lena. Za dziećmi widniał mężczyzna w garniturze. Prezes Orski, młodszy, ale z tym samym zimnym uśmiechem.
— Pożar nie był wypadkiem — powiedziała Mira. — System zapisu szyb wykrył, że Orski kazał zamknąć dzieci w kaplicy, kiedy doszło do awarii instalacji. Nie chciał paniki podczas wizyty inwestorów. Trzech chłopców nie wyszło. Ty widziałaś, kto blokował drzwi.
— Dlaczego tego nie powiedziałam?
— Miałaś sześć lat. Krzyczałaś przez trzy dni, potem przestałaś mówić. Twoja matka bała się, że firma was znajdzie. Zgodziła się na terapię pamięci u lekarza opłacanego przez Meridian. Powiedzieli, że pomogą ci zapomnieć traumę. Pomogli też sobie.
Lena czuła, jak jej świat pęka wzdłuż niewidocznych linii. Matka kłamała. Adam milczał. Firma, w której miała zrobić karierę, rosła na prochach dzieci.
— Klucz — przypomniał Adam. — Mira, mówiłaś, że kapelan zostawił opis.
Kobieta wyjęła z szuflady cienki zeszyt. Na okładce narysowano ten sam kształt, który Lena miała na dłoni.
— To nie znamię — powiedziała Mira. — To blizna po eksperymentalnym znaczniku świetlnym. Dzieci biorące udział w projekcie miały opaski z mikroszkłem. Kiedy instalacja wybuchła, fragment wtopił ci się w skórę. Zapis szyby reaguje na ten sam minerał.
Adam podłączył pendrive do starego komputera. Lena przyłożyła dłoń do czytnika.
Przez chwilę nic się nie działo. Potem ekran rozbłysnął.
Zobaczyli kaplicę. Dym. Dzieci uderzające w drzwi. Młodego Orskiego rozmawiającego przez telefon: „Nie otwierać, dopóki kamery inwestorów są w środku. To tylko alarm”.
Lena zatkała usta, ale nie odwróciła wzroku.
Wtedy na nagraniu pojawił się ktoś jeszcze: trzynastoletni Adam, który podbiegł do okna, rozbił szybę metalowym świecznikiem i wyciągnął małą Lenę na zewnątrz. Potem wrócił po innych.
Nagranie urwało się w chwili, gdy nad jego głową spadała belka.
Lena spojrzała na dorosłego Adama. Blizna przy jego skroni nagle przestała być tylko blizną.
— Uratowałeś mnie — szepnęła.
— Nie wszystkich.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Za oknami fundacji rozbłysły światła samochodów. Mira podeszła do szyby i zbladła.
— Meridian ma tu ochronę.
Adam schował pendrive, ale Lena zatrzymała jego rękę.
— Nie będziemy znowu uciekać.
— Lena, oni mogą zniszczyć ci życie.
— Już raz je ukradli. Drugiego nie dostaną.