Lena uciekła klatką schodową, ściskając pendrive, który w ostatniej chwili wyrwała z portu. Nie wiedziała, czy cokolwiek zdążyło się zapisać. Wiedziała tylko, że prezes widział jej twarz w blasku awaryjnej lampy.
Na parterze wpadła na Adriana. Złapał ją za ramiona, ale nie jak ktoś, kto chce zatrzymać uciekinierkę. Raczej jak człowiek, który sprawdza, czy jest ranna.
— Co pani znalazła? — zapytał.
— Może pan mi powie. Folder „MARKA”. Fundacja „Jasny Próg”. Lista kobiet. Moje nazwisko.
Twarz Adriana zmieniła się tylko na sekundę. Wystarczająco długo, by Lena zrozumiała: on wiedział więcej, niż mówił.
— Proszę iść do domu. Nie wracać sama. Jutro porozmawiamy.
— Jutro mogę już nie mieć pracy.
— Jutro może pani nie mieć czegoś więcej.
To powinno ją przestraszyć. Zamiast tego poczuła gniew. Wyszarpnęła się i wybiegła w deszcz.
Następnego ranka na jej biurku leżało wypowiedzenie dyscyplinarne za „naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa”. Zanim zdążyła oddać kartę dostępu, podeszła do niej sprzątaczka, drobna kobieta o jasnych włosach i oczach czujnych jak u kota.
— Pani Lena? — szepnęła. — Mój syn był w Jasnym Progu. Jeśli pani chce wiedzieć, co znaczy ten znak, proszę przyjść dziś o osiemnastej do starej kaplicy na Łękowej.
Kobieta zniknęła, zanim Lena zapytała o nazwisko.
Kaplica na Łękowej stała między blokami, opuszczona od dekady. W środku pachniało kurzem, woskiem i wilgocią. Pod ołtarzem siedział chłopak w granatowej kurtce, może siedemnastoletni. Obok niego ta sama sprzątaczka.
— Jestem Marta — powiedziała. — A to Kuba. Kiedyś ministrant. Dziś świadek, którego nikt nie chce słuchać.
Kuba wyjął z kieszeni stary telefon.
— Fundacja niby pomagała chłopakom. Dawała stypendia, wyjazdy, korepetycje. Ale czasem kazali nam nosić koperty do biura Veyronis. Mówili, że to darowizny. Raz się pomyliłem i zaniosłem jedną do niewłaściwego pokoju. W środku były zdjęcia kobiet i akta z sądu rodzinnego. Przy niektórych był ten znak.
Pokazał romb przecięty linią.
— Co oznacza? — spytała Lena.
Marta odpowiedziała za syna:
— Kobietę do zniszczenia. Taką, która może przeszkodzić.
Lena poczuła zimno w palcach.
— Przeszkodzić komu?
W kaplicy rozległ się trzask. Ktoś stał za konfesjonałem. Lena odwróciła się gwałtownie.
Z cienia wyszedł Adrian.
Kuba poderwał się do ucieczki, ale Adrian uniósł ręce.
— Nie przyszedłem po was. Przyszedłem, bo Seweryn Kral dziś wieczorem przenosi archiwum. Jeśli chcecie dowodów, mamy mniej niż trzy godziny.
Lena spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Mamy?
Adrian przez chwilę milczał.
— Mój młodszy brat też był w Jasnym Progu. Dziesięć lat temu znaleziono go martwego pod mostem. Policja wpisała ucieczkę i wypadek. Ja wpisałem sobie zemstę.