Ukryli się w mieszkaniu Leny na Pradze, w kamienicy pachnącej starym drewnem i kawą sąsiadki z parteru. Maksym siedział przy jej stole kuchennym, rozkręcając pluszowego kota nożykiem do owoców. Lena parzyła herbatę, choć ręce trzęsły jej się tak bardzo, że rozlała wrzątek na blat.
— Dlaczego pan wszedł do Aurum? — spytała.
— Żeby znaleźć dowody. Człowiek, który prowadził kiedyś internat, dziś jest twarzą fundacji i kandydatem do zarządu państwowej agencji. Nikt nie ruszy go bez twardych materiałów.
— A ten człowiek?
— Nazywa się Seweryn Korda.
Lena znała to nazwisko. Widział go każdy. Elegancki filantrop, komentator programów społecznych, człowiek od łagodnego głosu i zdjęć z dziećmi. Właśnie trwał medialny proces przeciwko jednemu z jego dawnych współpracowników, oskarżonemu o defraudację. W telewizji powtarzano, że Korda „z bólem serca” odkrył nieprawidłowości i sam je zgłosił.
— Więc robi z siebie bohatera, a winę zrzuca na pionka — powiedziała Lena.
— Tak.
Laptop zapiszczał. Karta pamięci z kota otworzyła się, pokazując listę plików. Ostatni nagrany został tego wieczoru. Lena kliknęła.
Obraz był przekrzywiony. Widać było fragment korytarza Aurum, potem buty portiera, potem sylwetkę mężczyzny w płaszczu. Głos był zniekształcony, ale zrozumiały.
„Audytorka znalazła fakturę. Rudzki też tu jest. Jeśli wyjdą z budynku, ma wyglądać jak napad.”
Drugi głos odpowiedział: „Korda chce ją żywą do rana. Najpierw musi podpisać korektę raportu.”
Lena poczuła mdłości.
— Chcieli mnie zmusić.
— Nadal chcą — powiedział Maksym.
W tej samej chwili jej telefon zawibrował. Numer matki.
Lena odebrała, a po drugiej stronie usłyszała nie matkę, lecz spokojny, ciepły głos Seweryna Kordy.
— Pani Leno, pani mama robi doskonały sernik. Siedzimy właśnie w jej kuchni. Proszę przyjechać z panem Rudzkim i dokumentami. Nie trzeba dramatyzować. Wszyscy możemy uniknąć nieszczęścia.
Maksym zobaczył jej twarz i natychmiast wstał.
— Co powiedział?
Lena powoli odłożyła telefon.
— Że proces zaczyna się za godzinę. Tylko sala sądowa jest w mieszkaniu mojej matki.
W ciszy, która zapadła, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Maksym podszedł do niej i dotknął jej policzka, ostrożnie, jakby prosił o pozwolenie.
— Nie pozwolę im jej skrzywdzić.
— Nie obiecuj rzeczy, których nie kontrolujesz.
— To nie obietnica dyrektora. To obietnica człowieka, który zbyt długo milczał.
Lena chciała odpowiedzieć, ale zamiast tego pocałowała go. Krótko, desperacko, jakby tym jednym gestem mogli ukraść sekundę normalnego życia. Kiedy się odsunęli, oboje wiedzieli, że nie ma już powrotu do biurowych ról.