Następnego ranka cała firma wiedziała, że audytorka wynosi poufne akta. Lena została wezwana na siódme piętro do sali konferencyjnej, której ściany były tak przezroczyste, że przypominały akwarium. W środku czekali: Irena Salwa, Daria, dwóch ochroniarzy i Maksym.
— Pani Wójcik — zaczęła prezeska łagodnie — zatrudniliśmy panią, by chronić spółkę, nie by grzebać w prywatnych tragediach.
— Fundacja „Skrzydło” była finansowana ze środków spółki. Mam prawo ją badać.
— Miała pani prawo badać faktury, nie rany.
Lena poczuła, jak medalik w kieszeni wbija się w dłoń.
— Czyje rany? Dzieci z chóru? Mojego brata? A może państwa?
Wtedy Irena przestała się uśmiechać.
— Proszę uważać. Nie każda dziewczynka, która przeżyła stratę, staje się bohaterką. Czasem staje się narzędziem kogoś sprytniejszego.
Daria położyła na stole wydruk przelewów.
— Na pani prywatnym koncie znaleziono pieniądze od anonimowej spółki powiązanej z konkurencją. To wygląda na sabotaż.
Lena zamarła. Kwota była realna. Konto też. Ktoś przygotowywał to od miesięcy.
— To fałszerstwo.
— Oczywiście — powiedziała Daria. — Wszyscy tak mówią przed wyrokiem.
Maksym milczał. To bolało bardziej niż oskarżenia. Lena patrzyła na niego i czekała, aż powie jedno słowo, ale on tylko zacisnął szczękę.
Ochroniarze odprowadzili ją do windy. Kiedy drzwi się zamykały, Maksym nagle wsunął rękę między skrzydła.
— Dość — powiedział.
Irena uniosła brew.
— Maksymie?
— Jeśli ją wyrzucisz, zwołam nadzwyczajne posiedzenie rady. I pokażę im plik, który trzymasz poza serwerem.
W sali zapadła cisza.
— Nie odważysz się — wyszeptała prezeska.
— Już się odważyłem raz, piętnaście lat temu. Wtedy za późno. Dziś nie popełnię tego samego błędu.
Lena wyszła z windy, ale nie czuła ulgi.
Po południu Maksym zabrał ją do opuszczonego skrzydła biurowca, gdzie dawniej mieściła się kaplica korporacyjna fundacji. Witraże zasłonięto płytami, lecz w powietrzu nadal wisiał zapach wosku.
— Miałem trzynaście lat — powiedział. — Śpiewaliśmy na koncertach dla sponsorów. Ojciec Bazyli zbierał wokół siebie ludzi z pieniędzmi. Dzieci były dekoracją. Niektóre słyszały za dużo.
— Kuba?
— Kuba znalazł notes. Nazwiska, daty, kwoty. Chciał go oddać policji. Ja… przestraszyłem się. Powiedziałem dorosłym, że ma notes.
Lena poczuła, jakby ktoś wyrwał z niej powietrze.
— Wydałeś go.
Maksym odsłonił nadgarstek. Blizna w kształcie jaskółki była prawdziwa.
— Tego samego wieczoru uciekliśmy razem. Dogonili nas przy moście. Kubę zabrali do samochodu. Mnie zostawili, bo byłem synem jednego ze sponsorów. Naznaczyli mnie, żebym pamiętał, komu zawdzięczam życie.
— A ja przez piętnaście lat myślałam, że mój brat po prostu zniknął.
— Nie. On zostawił świadka.
— Ciebie.
— Nie tylko mnie.
Maksym podszedł do starego konfesjonału i wyjął z ukrytej szczeliny mały pendrive, owinięty w zżółkły papier.
— Kuba nagrał wtedy część rozmowy. Myślałem, że plik zniszczono. Wczoraj dostałem wiadomość taką jak ty: „Świadek szuka ciebie”. Ktoś jeszcze żyje i chce procesu.
Lena wzięła pendrive. Na papierze widniał dziecięcy rysunek kota z koroną.
— Co to jest?
Maksym zmarszczył brwi.
— Znak najmłodszej dziewczynki z chóru. Nazywaliśmy ją Kicia, bo zawsze rysowała koty. Miała siedem lat, gdy zniknęła z list fundacji.
Wtedy z głośników starej kaplicy popłynął trzask. Potem dziecięcy, już dorosły głos:
— Nie ruszajcie się. Jeśli to odtworzycie, wszyscy umrzemy.