Przejście prowadziło do starej klatki schodowej, której nie było na planach piętra. Zeszli dziewięć kondygnacji w półmroku, słysząc ponad sobą echo otwieranych drzwi. Marta biegła w szpilkach, przeklinając każdy szczebel korporacyjnej elegancji. Leon w pewnym momencie zatrzymał się, zdjął marynarkę i podał jej ją bez słowa.
— Nie potrzebuję rycerskich gestów — syknęła.
— To nie gest. W kieszeni jest zapasowy identyfikator.
Marta poczuła idiotyczną ulgę, że nie był romantyczny nawet w chwili ucieczki. A potem, równie idiotycznie, poczuła żal.
Na dwudziestym piętrze weszli do pustego działu komunikacji. Leon wyciągnął z szafki małą pluszową kotkę z oderwanym uchem.
— Proszę nie pytać — mruknął.
— Nie planowałam.
W brzuchu zabawki ukryta była karta pamięci. Leon podłączył ją do komputera. Na ekranie pojawiły się nagrania rozmów, skany umów, zdjęcia znaków na skórze chłopców i dziewcząt. Marta zobaczyła twarze młodych ludzi stojących w eleganckich salach, na galach, przy ołtarzach, podczas koncertów charytatywnych. Wszyscy mieli ten sam pusty wzrok.
— Zbieram to od lat — powiedział Leon. — Ale bez księgowego śladu to tylko kolekcja koszmarów.
— Dlaczego pluszowa kotka?
Leon zawahał się.
— Należała do mojej siostry. Lena była w programie Srebrnego Dzwonu. Śpiewała. Miała głos, przez który dorośli płakali z zachwytu. Potem zobaczyła coś na zamkniętym przyjęciu fundacji. Oznaczyli ją. Trzy miesiące później uznano, że zmyśliła oskarżenia, bo chciała zwrócić na siebie uwagę. Zniknęła z domu przed osiemnastką. Do dziś jej nie znalazłem.
Marta patrzyła na ekran, ale widziała własne odbicie. Przez lata wierzyła, że liczby są czyste, bo nie mają emocji. Teraz każda cyfra w jej raporcie miała twarz.
Nagle komputer zaczął samoczynnie usuwać pliki.
— Odłączyć sieć! — krzyknął Leon.
Marta wyrwała kabel, ale było za późno. Na pulpicie zostało tylko jedno wideo. Otworzyło się automatycznie. Irena Veyr siedziała w tej samej czerwonej apaszce, uśmiechnięta.
— Leonie, zawsze byłeś sentymentalny. Marto, pani jest praktyczna, więc wyjaśnię krótko. O siódmej rano rada nadzorcza otrzyma pani raport. W wersji, z której wynika, że to pani stworzyła fałszywe przelewy, aby szantażować firmę. Leon zostanie pani wspólnikiem, bo wszyscy wiedzą, że ma obsesję na punkcie fundacji. Dwoje niestabilnych pracowników. Ładna historia. Sprzeda się mediom.
Film się urwał.
Na dole ekranu pojawił się licznik: 00:14:59.
— Co to jest? — wyszeptała Marta.
Leon już szukał w systemie.
— Czas do wysłania spreparowanych materiałów.
— Możemy to zatrzymać?
— Nie stąd.
— Skąd?
Spojrzał na nią tak, jakby odpowiedź była gorsza od pościgu.
— Z sali zarządu. Tej, w której odbył się rytuał.
Za drzwiami działu komunikacji rozległy się kroki. Marta chwyciła pluszową kotkę, jakby to była broń.
— Nie zdążymy — powiedziała.
Leon nagle ujął jej twarz w dłonie. Był to gest tak niespodziewany, że przestała oddychać.
— Zdążymy, jeśli przestanie pani myśleć, że musi pani wygrać sama.
Chciała odpowiedzieć cynicznie. Chciała powiedzieć, że nie wierzy w drużyny, w mężczyzn o smutnych oczach, w sprawiedliwość ani w przypadkowy dotyk, który rozgrzewa skórę podczas katastrofy.
Zamiast tego skinęła głową.