Julek miał siedemnaście lat, talent do skrzypiec i przekonanie, że jego starsza siostra przesadza z ostrożnością. Kiedy Nina zabrała go ze szkoły i zawiozła do małego mieszkania przyjaciółki na Pradze, chłopak był wściekły.
— Nie jestem dzieckiem, Nina! Nie możesz mnie chować, bo ktoś ci grozi w pracy.
— Właśnie dlatego, że nie jesteś dzieckiem, masz mnie posłuchać — odpowiedziała.
Nie powiedziała mu wszystkiego. Nie umiała. Sama nie wiedziała, gdzie kończy się zawodowa afera, a zaczyna coś znacznie mroczniejszego.
Trop przyszedł z nieoczekiwanej strony. Wśród dokumentów na pendrivie Adrian znalazł skany rachunków z nazwą „Klub Świtu” — dawnego kina przerobionego na świetlicę artystyczną dla nastolatków. Fundacja chwaliła się nim w kampaniach, ale w rzeczywistości miejsce zamknięto rok wcześniej po pożarze. Nina rozpoznała adres. Julek kiedyś tam występował.
Pojechali tam wieczorem. Budynek stał pusty, z zabitymi deskami oknami i graffiti na drzwiach. W środku znaleźli nie tylko kurz i zwęglone plakaty, ale też grupę trzech chłopaków ukrywających się w dawnej sali projekcyjnej. Najstarszy z nich, Bartek, miał może dziewiętnaście lat i spojrzenie kogoś, kto dawno przestał prosić dorosłych o pomoc.
— Wy od Rylskiego? — zapytał, ściskając w dłoni metalowy pręt.
Adrian uniósł ręce.
— Nie. Szukamy dowodów.
Bartek parsknął.
— Dowody? Dowody spalono razem z kinem.
Okazało się, że „Klub Świtu” naprawdę działał, ale podopieczni fundacji byli wykorzystywani do podpisywania fikcyjnych zgód, pozowania do kampanii i milczenia o brakujących pieniądzach. Gdy jeden z wychowanków, Olek, chciał opowiedzieć o wszystkim dziennikarce, wybuchł pożar. Oficjalnie: awaria instalacji. Nieoficjalnie: ostrzeżenie.
— Olek przeżył? — spytała Nina.
Bartek spojrzał w stronę ciemnego korytarza.
— Przeżył, ale nikt go nie znajdzie, jeśli ja nie zechcę.
Napięcie rosło. Adrian chciał natychmiast zawiadomić prokuratora prowadzącego. Bartek nie ufał nikomu w garniturze. Nina stanęła między nimi.
— Rylski groził mojemu bratu — powiedziała. — Jeśli uciekniemy osobno, znajdą nas po kolei. Jeśli połączymy to, co mamy, możemy ich zatrzymać.
Wtedy z zewnątrz dobiegł trzask szkła. Ktoś wrzucił do budynku racę dymną.
— Tylne wyjście! — krzyknął Bartek.
Uciekali przez piwnicę, potykając się o stare fotele kinowe. Nina poślizgnęła się na schodach, Adrian złapał ją w ostatniej chwili. Przez sekundę wisiała w jego ramionach, słysząc jego przyspieszony oddech.
— Nie puszczę — powiedział.
Nie brzmiało to jak obietnica dotycząca schodów.
Na zewnątrz, pod wiaduktem, Bartek podał im małą kamerę sportową.
— Olek nagrał rozmowę z kobietą, która zlecała podpisywanie fałszywych dokumentów. Ma znamię na szyi. Półksiężyc.
Nina przypomniała sobie czerwony płaszcz za matową szybą. Kobieta nie była cieniem. Była kluczem.