Nina Wolska nauczyła się w pracy dwóch rzeczy: nie ufać uśmiechom sponsorów i nigdy nie zostawiać telefonu bez blokady. W Agencji Aurea, która organizowała najgłośniejsze gale, premiery i zbiórki charytatywne w Warszawie, wszystko miało błyszczeć: szkło, marmur, nazwiska na ściankach, obietnice czynienia dobra. Tylko ludzie po godzinach matowieli jak srebro w szufladzie.
Tego wieczoru Nina została sama na dwudziestym piętrze biurowca przy Rondzie Daszyńskiego. Poprawiała budżet wydarzenia „Dzieciom Jutra” — wielkiej gali na rzecz fundacji prowadzącej świetlice dla samotnych dzieci. W arkuszu liczb coś się nie zgadzało: faktury za dekoracje były zawyżone, płatności do podwykonawców przechodziły przez firmę, której nie było w rejestrze, a nazwisko jednego z darczyńców powtarzało się przy trzech różnych przelewach.
Wtedy usłyszała głosy zza matowej szyby sali konferencyjnej.
— Jeśli dziewczyna z finansów to zauważy, uciszymy ją tak samo jak poprzedniego świadka — powiedział mężczyzna.
Nina znieruchomiała. Słowo „świadek” wbiło się w nią jak igła. Przez szczelinę między zasłoną a ścianą zobaczyła profil prezesa, Gustawa Rylskiego, i kogoś jeszcze: kobietę w czerwonym płaszczu, z ciemnym znamieniem na szyi w kształcie półksiężyca. Kobieta położyła na stole kopertę.
— Nie chcę skandalu przed galą — odparła. — A już na pewno nie procesu.
Nina cofnęła się o krok. Potrąciła metalowy kosz. Dźwięk rozdarł ciszę.
Drzwi sali otworzyły się gwałtownie.
— Kto tam? — zawołał Rylski.
Nina chwyciła laptop i pobiegła ku windom. W korytarzu zderzyła się z Adrianem Laskiem, dyrektorem operacyjnym Aurei, człowiekiem, którego w firmie nazywano „lodowym księciem”, bo potrafił jednym spojrzeniem zamrozić cały zespół.
— Pani Wolska? — uniósł brwi. — Dlaczego pani biegnie?
Nie zdążyła odpowiedzieć. Za nimi rozległy się kroki.
Adrian spojrzał ponad jej ramieniem, potem bez słowa wciągnął ją do bocznego archiwum i zamknął drzwi na klucz. W ciemności pachniało papierem, kurzem i jego wodą kolońską.
— Jeśli pan jest po ich stronie, to właśnie popełniłam największy błąd w życiu — wyszeptała Nina.
Adrian nie odpowiedział od razu. Z kieszeni wyjął pendrive i położył jej na dłoni.
— Nie, pani Wolska. Błąd popełniła pani dopiero wtedy, gdy uznała, że w tej firmie jest pani jedyną osobą, która coś widziała.