Uciekli klatką techniczną do kaplicy danych — małego pomieszczenia na poziomie minus dwa, zbudowanego jeszcze wtedy, gdy gmach należał do zakonu prowadzącego szkołę muzyczną. Na ścianach zostały resztki fresków: chłopcy w białych komżach trzymali księgi, ale ich twarze ktoś dawno temu zamalował szarym podkładem.
Leon uruchomił stary terminal.
— Jeśli wprowadzimy twój kod blizny, system pokaże pliki powiązane z Pieczęcią Korekty.
— Kod blizny?
— Helix znakował uczestników testów mikrotuszem z nanonośnikiem. To był identyfikator, nie rana.
Mira chciała zaprotestować, ale pod skórą poczuła pulsowanie, jakby ciało przypominało sobie wcześniej niż umysł.
Terminal zeskanował znak. Ekran zamigotał. Pojawił się folder: WOLSKA_MIRA_OBSERWATOR.
Nie „ofiara”. Nie „dziecko”. Obserwator.
Mira otworzyła pierwszy plik. Nagranie było ziarniste. Widać było białą salę, rząd dzieci przy stole i małą Nelę ściskającą drewnianego kota. Obok stała dwunastoletnia Mira, spokojna, nienaturalnie wyprostowana.
Głos spoza kadru pytał: „Które dziecko powie prawdę, jeśli obiecamy nagrodę za milczenie?”
Na nagraniu młoda Mira wskazała Nelę.
Dorosła Mira cofnęła się od ekranu.
— Nie. To niemożliwe.
Leon nic nie powiedział.
Kolejne nagranie pokazało chaos po awarii. Dym, alarm, płaczące dzieci. Nela żyła. Ktoś kazał Mirze prowadzić grupę do wyjścia. Mira zamiast tego pobiegła do drzwi oznaczonych czerwonym światłem. Za nimi byli dorośli naukowcy. Jej siostra została w sali.
— Wyprowadzili mnie? — szepnęła Mira.
— Wyprowadziłaś tych, którzy potem sfałszowali akta — odparł Leon.
To bolało gorzej niż kłamstwo. Kłamstwo daje wroga. Prawda czasem daje lustro.
Mira odwróciła się do Leona.
— Dlaczego mi to pokazujesz? Chcesz, żebym zeznała przeciwko sobie?
Wtedy jego twarz pękła. Nie dosłownie, lecz opadła maska człowieka pewnego swojej misji.
— Chcę, żebyś wiedziała, zanim usłyszysz to od nich. Bo ja też kłamałem.
Otworzył kolejny plik. Nazwisko: KARSKI_LEON_ASYSTENT.
Na nagraniu dwudziestoletni Leon siedział za panelem obserwacyjnym. Młody, przestraszony, ale obecny. To on przyjmował wyniki. To on zapisał w protokole: „Reakcja dziecka Wolska M. ponadprzeciętnie użyteczna”.
Mira uderzyła go w twarz, zanim zdążyła pomyśleć.
— Byłeś tam.
— Byłem praktykantem. Powiedzieli, że to badania edukacyjne.
— A kiedy dzieci zaczęły umierać?
Leon zamknął oczy.
— Wtedy stchórzyłem.
Alarm rozległ się ponownie, tym razem bliżej. Na terminalu pojawił się komunikat: TRANSFER DANYCH DO KASACJI — 03:00.
Trzy minuty do usunięcia jedynego dowodu.
Mira patrzyła na Leona z nienawiścią tak świeżą, że mogłaby ją nazwać uczuciem. Jeszcze godzinę temu jego dotyk dawał jej oparcie. Teraz był częścią podłogi, która zapadła się pod stopami.
— Jeśli mamy to ocalić — powiedział — musisz wpisać swój głos jako klucz publiczny. Ja nie mam dostępu.
— Dlaczego miałabym ci pomóc?
— Nie mnie. Neli.
To imię przecięło gniew jak cienkie szkło.
Mira nachyliła się do mikrofonu. Musiała przeczytać zdanie autoryzacyjne. Na ekranie pojawił się tekst: „Potwierdzam, że moja pamięć jest niewiarygodna”.
Uśmiechnęła się zimno.
— Nie.
I powiedziała własne zdanie:
— Potwierdzam, że pamięć może zostać zraniona, ale rana też jest dowodem.
System zawahał się. Stara maszyna, zbudowana przed erą gładkich kłamstw, przyjęła niezgodność jako zeznanie szczególne.
Transfer ruszył na zewnętrzną sieć.
Drzwi kaplicy danych wybuchły światłem latarek.