Nie pojechali do policji. Nie pojechali też do szpitala, choć Lena krzyczała na Adriana przez całe zejście do podziemnego garażu. W końcu wsadził ją do służbowego auta i podał drugi telefon.
— Proszę zadzwonić do matki. Na głośnomówiącym.
Matka odebrała po piątym sygnale.
— Lenka? Czemu dzwonisz z obcego numeru?
— Mamo, wszystko dobrze? Jesteś sama?
— Sama? Dziecko, tu izba przyjęć. Mam trzy złamania, jedną awanturę i pana, który połknął monetę, bo chciał udowodnić wnukowi, że magia istnieje.
Lena prawie się rozpłakała z ulgi.
Adrian przejął rozmowę spokojnie, przedstawił się jako przełożony i poprosił, by pani Wolska nie wychodziła ze szpitala bez ochrony, którą „firma wysyła po incydencie technicznym”. Matka Leny, przyzwyczajona do nocnych absurdów, mruknęła tylko, że prezesi też powinni czasem zmierzyć ciśnienie.
— Teraz do prokuratury? — spytała Lena, kiedy auto ruszyło.
— Do kogoś, kto jeszcze nie jest kupiony.
Pojechali na Pragę, do starej drukarni przerobionej na kancelarię społeczną. Na drzwiach wisiała kartka: „Porady prawne, zgłoszenia anonimowe, adopcja kotów w soboty”. W środku, między segregatorami, spał ogromny rudy kot z naderwanym uchem.
— To jest pani wielki plan? — Lena spojrzała na Adriana. — Koty?
— Kot należy do mecenas Jareckiej. Kot gryzie tylko winnych.
Mecenas Mira Jarecka była kobietą po sześćdziesiątce, z siwym warkoczem i spojrzeniem ostrzejszym niż nóż do papieru. Kiedy zobaczyła Adriana, nie podała mu ręki.
— Znowu przynosisz mi pożar w teczce?
— Tym razem z żywym świadkiem.
Lena opowiedziała wszystko. O głosach w słuchawkach, o fundacji, o groźbie wobec matki. Mira nagrywała jej zeznanie, a rudy kot usiadł na kolanach Leny, jakby przydzielono mu funkcję terapeuty.
— Potrzebujemy czegoś więcej niż słowa — powiedziała Mira. — Nagranie z systemu?
Adrian położył na stole pendrive.
— Część danych. Reszta jest na serwerze głównym. Dostęp tylko z sali kaplicznej.
— Jakiej sali? — spytała Lena.
— W starym skrzydle firmy jest dawna kaplica zakładowa. NorVanta kupiła budynek po klasztorze. Zarząd zostawił ołtarz, bo dobrze wyglądał w folderach o tradycji. Za nim zbudowali serwerownię awaryjną.
Mira parsknęła.
— Grzechy trzymają za ołtarzem. Poezja korporacyjna.
Plan był prosty tylko na papierze: wrócić do NorVanty podczas porannej konferencji charytatywnej, dostać się do starego skrzydła, skopiować pliki i przekazać je dziennikarce śledczej, która miała wejść na żywo o dziewiątej. Lena miała udawać tłumaczkę delegacji. Adrian — udawać prezesa, który nie zdradził jeszcze własnej rady.
— A jeśli mnie rozpoznają? — zapytała Lena.
Mira wyjęła z szuflady małe pudełko z ciemnym podkładem i plastrem medycznym.
— Zrobimy z pani kobietę ze znakiem.
Na lewym policzku Leny pojawiła się sztuczna, brunatna plama przypominająca znamię. W lustrze wyglądała inaczej: twardsza, starsza, jak ktoś, kto już nie prosi o pozwolenie.
Adrian patrzył na nią z dziwną czułością.
— Co? — spytała.
— Nic. Po prostu po raz pierwszy widzę, że ktoś wygląda odważniej, niż ja kiedykolwiek się czułem.
To zdanie trafiło ją mocniej niż komplement. Przez chwilę nie byli prezesem i stażystką, ofiarą i świadkiem, ludźmi uciekającymi przed skandalem. Byli dwojgiem zmęczonych ludzi w kancelarii pachnącej kawą, kurzem i kotem.
Lena dotknęła jego blizny na nadgarstku.
— Brat wróci, jeśli pan to ujawni?
— Nie wiem.
— To po co?
— Żeby przestał musieć uciekać.
Nagle telefon Miry zapiszczał. Na ekranie pojawiła się wiadomość od dziennikarki: „Ktoś podał mi fałszywy termin. Jadę pod inny adres. Uważajcie. Macie kreta.”
Mira powoli podniosła wzrok.
— O naszym planie wiedzą cztery osoby.
Lena spojrzała na Adriana. Adrian spojrzał na Mirę.
Rudy kot zeskoczył z kolan Leny i syknął w stronę uchylonych drzwi zaplecza.
Ktoś tam stał i słuchał.