Adrian zaprowadził Lenę do archiwum klimatyzacji, ukrytego między piętrami. W pomieszczeniu pachniało kurzem, metalem i deszczem, bo przez uchylony lufcik wpadało wilgotne powietrze. Na ścianie mrugała awaryjna lampka.
— Kim oni są? — spytała Lena, odsuwając się od niego tak daleko, jak pozwalało małe pomieszczenie.
— Częścią rady nadzorczej. Częścią policji. Częścią wszystkiego, czego nie powinna pani dotykać.
— A pan jest niewinny?
Adrian uśmiechnął się po raz pierwszy. Krótko i bez radości.
— Nie. Jestem spóźniony.
Wyjął z kieszeni mały pendrive w kształcie srebrnego guzika.
— Od roku zbieram dowody. Fundacja była przykrywką do prania pieniędzy i szantażu. Dzieciaki ze świetlic widziały za dużo, rodziny uciszano ugodami, a dokumenty znikały. Potrzebowałem osoby z zewnątrz, która potwierdzi, że zarząd wiedział.
— Czyli mam być przynętą?
— Ma pani być świadkiem.
— Świadków się chroni.
— W filmach.
Lena poczuła gniew. Była córką pielęgniarki i kierowcy autobusu, dziewczyną, która zdobyła stypendium dzięki uporowi, nie dzięki nazwisku. Całe życie słyszała, że ma być wdzięczna za każdą szansę. Za staż w NorVancie też była wdzięczna. Do dziś.
— Dlaczego mam wierzyć człowiekowi, który prowadzi tę firmę?
Adrian przez chwilę patrzył na swoje dłonie. Na lewym nadgarstku miał cienką, jasną bliznę, podobną do kreski narysowanej paznokciem.
— Bo mój młodszy brat był jednym z tych chłopców z fundacji. Dziesięć lat temu wystąpił w chórze sponsorowanym przez NorVantę. Potem oskarżono go o kradzież sprzętu, wyrzucono ze szkoły, a ojca zmuszono do podpisania milczenia. Brat nie wytrzymał. Wyjechał. Do dziś nie odbiera telefonów ode mnie.
Lena spuściła wzrok. W jego głosie nie było teatralnego bólu. Był wstyd. Najtrudniejszy do udawania.
— Więc został pan prezesem, żeby się zemścić?
— Żeby wejść do pokoju, do którego nigdy nie wpuszcza się ofiar.
Wtedy rozległ się dźwięk windy technicznej. Ktoś zjeżdżał na ich poziom.
Adrian zgasił lampkę. Ciemność przycisnęła się do nich jak woda. Lena poczuła jego oddech blisko skroni.
— Jest drugie wyjście? — szepnęła.
— Jest. Ale prowadzi przez open space działu prawnego.
— Tam też mają ludzi?
— Tam wszyscy mają ludzi.
Przeszli przez niski tunel serwisowy. Lena musiała iść pochylona, z dłońmi opartymi o zimne ściany. Po kilku minutach Adrian odsunął kratkę wentylacyjną. W dole widać było rzędy biurek, monitory w trybie uśpienia i akwarium przy recepcji, w którym samotna złota rybka krążyła jak mały strażnik.
— Pójdziemy spokojnie — powiedział. — Jak para, która pokłóciła się na firmowej kolacji.
— Nie wyglądamy jak para.
Adrian spojrzał na jej dłoń, którą wciąż trzymał.
— W tej chwili wyglądamy bardziej wiarygodnie, niż pani myśli.
Lena chciała odpowiedzieć ostro, ale z korytarza wyszedł ochroniarz. Adrian natychmiast przyciągnął ją bliżej, tak blisko, że materiał jego marynarki otarł się o jej policzek.
— Proszę się nie odsuwać — szepnął.
— Wykorzystuje pan sytuację.
— Ratuję nam życie. Przyjemność jest skutkiem ubocznym.
Mimo strachu Lena poczuła absurdalne ciepło na twarzy. Ochroniarz spojrzał na nich, rozpoznał prezesa i odwrócił wzrok z zakłopotaniem.
Kiedy minęli recepcję, telefon na biurku nagle zadzwonił. Raz. Drugi. Trzeci.
Adrian zbladł.
— Nie odbierać — powiedział cicho.
Ale automatyczna sekretarka włączyła głośnik.
— Panie Rudzki — odezwał się kobiecy głos, miękki i drwiący. — Proszę nie wyprowadzać naszej tłumaczki. Jej matka właśnie zaczęła nocny dyżur w szpitalu na Banacha. Takie dyżury bywają niebezpieczne.
Lena wyrwała rękę z dłoni Adriana.
— Mają moją mamę?
— Jeszcze nie — powiedział, lecz jego twarz zdradziła, że nie jest pewien.
W tej samej chwili ekrany wszystkich komputerów w open space rozbłysły jednym komunikatem:
ŚWIADEK MUSI WYBRAĆ: PRAWDA CZY RODZINA.