Nela Wierzbicka miała talent do znikania. W open space na dwudziestym piętrze wieżowca Helix Tower potrafiła przejść między biurkami tak cicho, że nawet automatyczne drzwi wydawały się przy niej zbyt teatralne. Była tłumaczką symultaniczną w firmie Aurum Data, spółce zajmującej się bezpieczeństwem cyfrowym dla banków, szpitali i — jak szeptano przy ekspresie — dla kilku ministerstw. Nela tłumaczyła umowy, prezentacje i groźby ubrane w elegancką angielszczyznę.
Tego ranka dostała wezwanie do sali „Wisła”, gdzie zarząd miał spotkać się z inwestorami z Kopenhagi. Kiedy weszła, zobaczyła przy stole nowego prezesa, Adriana Veyra. Miał trzydzieści sześć lat, idealnie skrojony grafitowy garnitur i twarz człowieka, który nigdy nie przeprasza za zimną kawę, bo to kawa powinna się dostosować. Przejął Aurum po nagłej śmierci założyciela, swojego wuja, i od tygodnia całe biuro oddychało ciszej.
— Pani Wierzbicka — powiedział, zanim zdążyła się przedstawić. — Potrzebuję tłumaczenia bez upiększeń. Jeśli ktoś kłamie, chcę usłyszeć kłamstwo w obu językach.
Nela uniosła brwi. — To będzie kosztować więcej niż standardowy pakiet dyplomacji.
Przez sekundę w jego oczach błysnęło coś podobnego do rozbawienia. Potem spotkanie się zaczęło.
Konflikt wybuchł po piętnastu minutach. Duńczycy żądali dostępu do archiwum projektu „Bastion”, a dyrektor finansowa, Iga Prus, zapewniała, że wszystkie pliki są „czyste i kompletne”. Nela tłumaczyła wiernie, ale zauważyła, że dłonie Igi drżą, gdy ta dotyka srebrnego wisiorka w kształcie małej ryby. Wisiorek był dziwny, dziecięcy, niepasujący do kobiety, która nawet uśmiech miała wyceniony przez dział PR.
Po spotkaniu Adrian zatrzymał Nelę przy panoramicznym oknie.
— Zauważyła pani coś? — zapytał.
— Że pan lubi przesłuchania w stylu filmów noir?
— Zauważyła pani coś w jej głosie.
Nela chciała odpowiedzieć żartem, ale zobaczyła, że prezes naprawdę czeka. — Bała się. Nie Duńczyków. Pana.
— Mnie boi się wiele osób.
— Nie tak. To był strach kogoś, kto wie, że za chwilę pęknie szyba.
Adrian odwrócił się ku miastu za oknem. — Dziś o dwudziestej drugiej proszę zostać po godzinach. Będzie pani tłumaczyć rozmowę, której oficjalnie nie ma.
Powinna odmówić. Miała chorego ojca, zaległy czynsz i zasadę, że ludzie z najwyższego piętra zawsze traktują tych z dołu jak windy: wciskają przycisk i wymagają posłuszeństwa. A jednak powiedziała:
— Jeśli ktoś będzie kłamał, usłyszy pan to bez upiększeń.
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że wieczorem ktoś naprawdę rozbije szybę.