Trop prowadził do miasteczka Srebrzyn, dwie godziny od Warszawy, gdzie fundacja prowadziła pierwszy dom wychowawczy. Mikołaj nie chciał zabierać Leny, Lena nie zamierzała pytać o pozwolenie. W drodze milczeli długo, aż milczenie stało się zbyt osobiste.
— Dlaczego pan mi pomaga? — spytała.
— Bo mój ojciec umarł miesiąc po zamknięciu sprawy Jakuba Rota. Oficjalnie na zawał. Nieoficjalnie zostawił mi pendrive w książce z kodeksem karnym. Hasło brzmiało: „Nie wierz świętym”.
— I co było na pendrivie?
— Tylko jedno nagranie. Uszkodzone. Widać na nim znak na czyjejś ręce.
— Jaki znak?
Mikołaj spojrzał na jej nadgarstek.
Lena odruchowo zasłoniła bliznę po oparzeniu, którą miała od dzieciństwa. Przypominała rozlaną kroplę wosku. Matka mówiła, że wypadek zdarzył się przy świecach w kaplicy, gdy Lena była mała.
W Srebrzynie przywitał ich zapach dymu i starych jabłoni. Dawny dom fundacji stał obok kościoła, przerobiony teraz na ośrodek rekolekcyjny. Ksiądz, który ich przyjął, miał drżące dłonie i oczy człowieka, który dawno temu przestał sypiać.
— O Jakubie Rocie nikt tu nie mówi — powiedział. — A o pani matce tym bardziej.
— Wie ksiądz, gdzie ona jest? — Lena zrobiła krok naprzód.
Zamiast odpowiedzi duchowny zaprowadził ich do zakrystii. W metalowej kasetce trzymał zdjęcia sprzed lat: grupa chłopców w białych komżach, obok nich Irena Błońska i kilka kobiet z fundacji. Na jednym zdjęciu Lena rozpoznała matkę. Stała z ręką na ramieniu drobnego chłopca o ciemnych oczach.
— Ci chłopcy służyli do mszy, śpiewali na balach, występowali przed darczyńcami — powiedział ksiądz. — Potem część z nich wyjechała na „stypendia”. Bez dokumentów. Bez powrotu.
Mikołaj pobladł.
— Handel ludźmi?
— Nie mam dowodów. Jakub miał. Pani matka pomagała mu je kopiować. Gdy Jakub zginął, ukryła jedną rzecz, której szukają do dziś.
Ksiądz podał Lenie mały szklany medalion z wtopioną wewnątrz niebieską smugą.
— To nie ozdoba. To nośnik. Stary prototyp pamięci optycznej, robiony przez jednego z wychowanków. Pani matka powiedziała, że tylko Lena będzie wiedziała, jak go otworzyć.
Lena nie wiedziała. Dopóki nie odwróciła medalionu. Na odwrocie wygrawerowano znak identyczny jak jej blizna.
Wtedy przypomniała sobie kaplicę. Matkę klęczącą przy niej. Palący ból na skórze. I słowa: „To nie rana, to klucz”.
Nie zdążyła nic powiedzieć. Za oknem zatrzymały się czarne samochody. Z pierwszego wysiadła Irena Błońska w kremowym płaszczu, niepasującym do błota na podjeździe.
— Dzieci zawsze wracają do domu — powiedziała, gdy weszła do zakrystii. — Nawet te, które myślą, że dorosły.
Mikołaj stanął przed Leną.
— Fundacja jest skończona.
Irena roześmiała się cicho.
— Panie mecenasie, fundacja to nie budynek. To ludzie, którzy podpisują przelewy, wyroki i akty zgonu. Pański ojciec zrozumiał to za późno.
Lena ścisnęła medalion tak mocno, że szkło przecięło jej dłoń. Kropla krwi spłynęła po znaku. Wewnątrz szkła zapaliła się cienka linia światła.