Przez kolejne dni Lena pracowała przy biurku ustawionym naprzeciw gabinetu Mikołaja. To miało być tymczasowe, ale w kancelarii tymczasowe decyzje zwykle okazywały się najtrwalsze. Przynoszono im akta, raporty, zdjęcia z bali charytatywnych, wyciągi bankowe ukryte pod nazwami projektów edukacyjnych.
Najdziwniejszy był folder podpisany „Szkło”. Zawierał listę darczyńców, którzy wpłacali ogromne kwoty na pracownię witraży dla wychowanków fundacji. Taka pracownia nigdy nie powstała. Pieniądze płynęły dalej — przez spółki, przez fikcyjne granty, aż znikały w prywatnych kontach.
Jakub Rot musiał to odkryć. I musiał za to zapłacić.
Lena pamiętała tamtą noc w fragmentach. Deszcz na włosach. Zapach mokrych lip. Krzyk urwany tak nagle, jakby ktoś zamknął drzwi. Na balu fundacji pracowała wtedy jako wolontariuszka od mediów. Wyszła na taras, bo odebrała wiadomość od matki: „Nie ufaj ludziom z Latarni”. Chwilę później zobaczyła mężczyznę kłócącego się z kimś w ciemnym płaszczu. Potem ciało spadło na kamienne schody.
Uciekła, bo miała dziewiętnaście lat i wiedziała tylko jedno: jej matka, która kiedyś była wychowawczynią w fundacji, zniknęła tydzień później.
Mikołaj też miał swoje fragmenty. Był wówczas aplikantem i przyjechał po dokumenty dla swojego ojca, sędziego Rudawskiego. Widział samochód Ireny Błońskiej odjeżdżający boczną bramą. Widział też kogoś jeszcze — drobną postać w jasnej sukience, która biegła przez ogród.
— Myślał pan, że to ja? — zapytała Lena pewnego wieczoru, gdy zostali sami w archiwum.
— Przez trzy lata miałem nadzieję, że nie.
— Dlaczego?
— Bo jeśli to była pani, to znaczyło, że ktoś pozwolił pani żyć tylko dlatego, że była pani zbyt przestraszona, żeby mówić.
Te słowa powinny ją zaboleć. Zamiast tego poczuła dziwne ciepło, niechciane i niebezpieczne. Mikołaj stał blisko, za blisko jak na biuro i za daleko jak na prawdę. Między nimi leżał segregator, ale Lena miała wrażenie, że to przepaść.
Wtedy w archiwum zgasło światło.
Drzwi zatrzasnęły się automatycznie. Po chwili z głośnika systemu przeciwpożarowego popłynął zniekształcony głos:
— Świadek, który nie pamięta, nie jest świadkiem. Jest materiałem do usunięcia.
Mikołaj złapał Lenę za rękę i pociągnął za metalowy regał. Kula rozbiła szybę w drzwiach archiwum. Druga utkwiła w ścianie tam, gdzie przed sekundą stała.
Nie krzyczała. Może dlatego, że całe krzyki zużyła trzy lata wcześniej.
Uciekli przez techniczne przejście, brudni od kurzu i z oddechami rwanymi jak źle zszyty materiał. W garażu Mikołaj zatrzymał się dopiero przy swoim aucie.
— To już nie jest sprawa wizerunku — powiedziała Lena.
— Nigdy nie była.
Wtedy na telefon Leny przyszła wiadomość z nieznanego numeru. Zdjęcie przedstawiało jej matkę. Żywą. Starszą, wychudzoną, siedzącą przy oknie z kratami. Pod spodem był tekst: „Przypomnij sobie, zanim ona zapomni, kim jesteś”.