Lena Wysocka miała talent do ratowania cudzych reputacji. W kancelarii „Rudnicki & Wspólnicy” nazywano ją szeptem „dziewczyną od pożarów”, bo potrafiła sprawić, że prezes oskarżony o wyzysk wyglądał jak filantrop, a polityk przyłapany na kłamstwie — jak człowiek, który po prostu źle dobrał słowa.
Tego poniedziałku miała odejść. W torebce trzymała wydrukowane wypowiedzenie, złożone na pół tak równo, jakby od tej geometrii zależała jej odwaga. Przez ostatnie trzy lata robiła wszystko, żeby nie myśleć o nocy, w której zobaczyła mężczyznę spadającego z tarasu starego domu fundacji „Latarnia”. Przekonała samą siebie, że to wypadek. Potem przekonała policję, że była zbyt daleko, by cokolwiek widzieć.
W windzie spotkała Mikołaja Rudawego, najmłodszego partnera w historii kancelarii. Był typem człowieka, który nosił ciszę jak idealnie skrojony garnitur. Nie uśmiechał się bez powodu i nigdy nie pytał dwa razy.
— Pani Wysocka — powiedział, patrząc na kopertę w jej dłoni. — Proszę nie składać wypowiedzenia.
Lena zamarła.
— Nie przypominam sobie, żebym informowała pana o swoich planach.
— A ja nie przypominam sobie, żebym musiał czekać na informacje, które i tak do mnie trafią.
Drzwi windy rozsunęły się na trzydziestym piętrze. Za nimi stała recepcjonistka blada jak papier.
— Panie mecenasie, pani prezes fundacji „Latarnia” już czeka. I… przyjechała policja.
Lena poczuła, jak jej palce zaciskają się na kopercie.
Fundacja „Latarnia” była świętością miasta. Prowadziła domy dla młodzieży z trudnych rodzin, organizowała koncerty charytatywne, fundowała stypendia. Jej prezeska, Irena Błońska, miała twarz dobrej ciotki i oczy księgowej, która zna cenę każdej łzy.
Tym razem nie chodziło o kampanię wizerunkową. Policja wznowiła sprawę śmierci Jakuba Rota, dawnego księgowego fundacji. Po trzech latach znaleziono nagranie z monitoringu — uszkodzone, krótkie, ale wystarczające, by zobaczyć na tarasie sylwetki dwóch osób.
Jedną z nich, jak powiedział komisarz, mogła być Lena.
Mikołaj odprowadził ją do sali konferencyjnej. Na szklanych ścianach odbijała się Warszawa, czysta i bezwstydna w porannym świetle.
— Jeśli pani odejdzie dzisiaj — powiedział cicho — będzie to wyglądało jak ucieczka.
— A jeśli zostanę?
— Jak ktoś, kto ma coś do ukrycia.
— To marna rada prawnika.
— To nie rada. To propozycja. Zostaje pani w kancelarii jako moja asystentka przy sprawie „Latarni”. Oficjalnie: strategia komunikacji. Nieoficjalnie: dowiemy się, kto naprawdę był na tarasie.
Lena spojrzała mu w oczy i po raz pierwszy zobaczyła w nich pęknięcie. Nie strach. Rozpoznanie.
— Pan też tam był — szepnęła.
Mikołaj nie zaprzeczył.
Za szybą sali konferencyjnej Irena Błońska uśmiechała się do policjantów tak, jak uśmiecha się ktoś, kto już raz wygrał z prawdą.