Wieczorem Lena nie wróciła do wynajętego pokoju. Marek kazał jej jechać tramwajem, wysiąść dwa przystanki wcześniej i wejść do starej księgarni na Pradze. Uznała, że to pułapka, więc przyszła z gazem pieprzowym w kieszeni i włączonym nagrywaniem w telefonie.
W księgarni pachniało kurzem i herbatą. Za ladą siedziała drobna kobieta z białymi włosami związanymi w warkocz. Na jej szyi wisiał srebrny medalik, lecz odwrócony tyłem.
— Pani Lena — powiedziała. — Radwan mi panią opisał. Bał się, że nie zdąży.
— Kim pani jest?
— Kiedyś siostrą zakonną. Potem opiekunką w Przystani. Dziś kimś, kto sprzedaje książki ludziom, którzy udają, że czytają.
Marek stał w cieniu regału. Wyglądał mniej jak dyrektor, bardziej jak chłopak, który nigdy nie wyszedł z tamtej kaplicy.
Kobieta nazywała się Helena Brant. Opowiedziała im historię, której nie było w żadnych aktach. W latach, gdy Przystań przyjmowała chłopców z „trudnych rodzin”, grupa lokalnych biznesmenów i urzędników finansowała ośrodek, a w zamian korzystała z niego jak z prywatnego magazynu milczenia. Chłopcy byli zmuszani do fałszowania podpisów, przenoszenia paczek, składania zeznań, których nie rozumieli. Kto sprzeciwiał się układowi, dostawał „pieczęć” — wypalony znak płomienia. Miała oznaczać oczyszczenie. W rzeczywistości oznaczała własność.
— Marek był najmłodszy — powiedziała Helena. — Uciekł w noc pożaru. Zeznawał, ale jego zeznania zniknęły. Potem przyjęła go rodzina Orliczów. Dobra, bogata. I związana z panią Szulc.
Lena spojrzała na Marka.
— Dlaczego pracujesz dla nich?
— Bo żeby znaleźć serce potwora, czasem trzeba pozwolić mu wierzyć, że bijesz w jego rytmie.
Brzmiało to pięknie. Zbyt pięknie. Lena chciała mu wierzyć i właśnie to ją przerażało. Przypomniała sobie Radwana, który powtarzał: „Najniebezpieczniejsi są ci, którzy mówią prawdę tylko wtedy, gdy im wygodnie”.
Helena podała Lenie małą kartę pamięci ukrytą w wydrążonej okładce książki dla dzieci o kocie, który zgubił drogę do domu.
— Radwan zostawił to u mnie. Jest tam nagranie z kaplicy i lista kont. Ale brakuje jednego elementu: oryginalnej faktury inicjującej przelewy. Bez niej obrona powie, że nagranie to sentymentalna manipulacja, a konta są zbiegiem okoliczności.
— Gdzie jest faktura?
Marek odpowiedział cicho:
— W sejfie Ireny Szulc. Na najwyższym piętrze. Jutro firma organizuje aukcję charytatywną dla Małego Azylu. Wszyscy będą patrzeć na scenę.
— A ja mam włamać się do gabinetu prezeski między kanapkami a przemową o kotach?
— Nie sama — powiedział.
Ich dłonie spotkały się nad blatem, przypadkiem albo nie. Lena nie cofnęła palców. Przez sekundę świat skurczył się do ciepła jego skóry i świadomości, że każde z nich ma powód, by zdradzić drugie.
Wtedy zadzwonił telefon Heleny. Kobieta odebrała, pobladła i włączyła głośnik.
Z aparatu dobiegł głos Rataja:
— Siostro Heleno, księgarnia ma piękne stare instalacje. Szkoda byłoby kolejnego pożaru.