Drugiego dnia Lena zrozumiała, że Veyronet nie jest firmą, tylko teatrem. Każdy miał rolę. Prawnicy grali obrońców, księgowi — niewinnych, zarząd — rodzinę. A w podziemnym archiwum, do którego wejście ukryto za drzwiami opisanymi jako „Magazyn materiałów promocyjnych”, przechowywano dowody.
Dostęp miał tylko zarząd i kierownik bezpieczeństwa, Rataj. Lena nie miała prawa tam wejść. Dlatego weszła po godzinach.
Pomógł jej przypadek, a może Karmel, rudy kocur z fundacji, który tego dnia pojawił się w biurze jako element akcji dobroczynnej. Kot uciekł wolontariuszce, przebiegł przez open space i wślizgnął się do windy serwisowej. Lena ruszyła za nim, udając troskę o zwierzę. Winda zjechała na poziom -2.
Korytarz był wąski, chłodny i zbyt czysty. Zza uchylonych drzwi dobiegły głosy.
— Dziewczyna pyta o stare faktury — powiedział Rataj.
— Każdy audytor pyta — odparł Marek.
Lena zamarła.
— Ta widziała Radwana. Jeśli prokuratura ją znajdzie, proces wróci. A jeśli proces wróci, kaplica też wróci.
— Nie dotkniesz jej — głos Marka nagle stwardniał.
— Od kiedy bronisz świadków?
— Od kiedy nauczyłem się, że martwi świadkowie mają głośniejsze rodziny niż żywi.
To nie była odpowiedź niewinnego człowieka. To nie była też odpowiedź mordercy. Lena zrobiła krok w tył, potrąciła metalowy stojak. Hałas odbił się od ścian jak strzał.
Drzwi otworzyły się. Rataj wyszedł pierwszy. Zobaczył ją, potem kota, który bezczelnie usiadł na środku korytarza i miauknął.
— Zgubiłam zwierzę z akcji charytatywnej — powiedziała Lena, czując, jak serce wali jej w gardle.
Rataj uśmiechnął się bez radości.
— Na poziomie archiwum? Ambitny kot.
Marek stanął za nim. Przez sekundę Lena zobaczyła w jego oczach coś, czego nie potrafiła nazwać: ostrzeżenie, gniew, może strach.
— Pani Wysocka, proszę ze mną — powiedział.
Zaprowadził ją do pustej sali spotkań, zamknął drzwi i włączył muzykę z tabletu, głośniej niż trzeba. Dopiero wtedy nachylił się i szepnął:
— Jeśli jeszcze raz zejdziesz na -2 sama, nie będę w stanie cię wyciągnąć.
— Przed kim? Przed panem?
— Przede wszystkimi, którzy myślą, że kaplica spłonęła wystarczająco dawno temu.
Lena zamarła. O pożarze kaplicy Radwan nie zdążył jej powiedzieć. W aktach była tylko wzmianka o „wypadku instalacji elektrycznej” sprzed piętnastu lat i o trzech chłopcach z zakładu, którzy zniknęli po śledztwie.
— Był pan tam — powiedziała.
Marek przez chwilę milczał.
— Byłem jednym z nich.
Zdjął spinki mankietów i podwinął rękaw. Na jego nadgarstku, częściowo przykryty zegarkiem, widniał ten sam znak płomienia w okręgu.
— Nie jestem człowiekiem, którego szukasz, Leno. Ale jestem człowiekiem, który zbyt długo udawał, że nie pamięta.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, ktoś zapukał do drzwi. Nie czekając na pozwolenie, weszła prezeska Veyronetu, Irena Szulc. Elegancka, siwowłosa, spokojna.
— Marek, rada nadzorcza zaczyna za pięć minut. A pani, panno Wysocka, proszę nie zostawać dziś po godzinach. W mieście ostatnio łatwo o wypadki.