Lena Wysocka przyjechała do Warszawy z jedną walizką, pożyczonym żakietem i dokumentem, który mógł zamknąć pół zarządu spółki Veyronet. Oficjalnie była młodszą audytorką w dziale kontroli wewnętrznej. Nieoficjalnie — ostatnią osobą, która widziała żywego notariusza Radwana, zanim jego samochód wpadł do Wisły.
W recepcji biurowca pachniało kawą, drogimi perfumami i strachem ukrytym pod uśmiechem. Na ekranach w windach migała kampania firmy: „Veyronet łączy ludzi”. Lena pomyślała, że to zabawne, bo z dokumentów, które trzymała zaszyte w podszewce torby, wynikało raczej, że Veyronet łączy fałszywe fundacje, przepłacone przetargi i tajemnicze przelewy do domu opieki prowadzonego przez dawnych ministrantów.
— Pani Wysocka? — zapytał niski głos.
Odwróciła się i zobaczyła Marka Orlicza, dyrektora operacyjnego. Był młodszy, niż oczekiwała po człowieku, który według plotek potrafił jednym mailem zakończyć karierę. Miał ciemne oczy, idealnie skrojony garnitur i wyraz twarzy kogoś, kto nie prosi dwa razy.
— Tak. Pierwszy dzień — odpowiedziała.
— Pierwsze dni są przereklamowane. Prawda zaczyna się zwykle trzeciego tygodnia, kiedy ludzie przestają udawać.
Uśmiechnął się, a Lena poczuła irytujące ciepło pod żebrami. Nie mogła sobie na nie pozwolić. Nie przyszła tu po romans. Przyszła znaleźć kopię nagrania, którego fragment Radwan pokazał jej w noc przed śmiercią. Na nagraniu widać było zebranie w starej kaplicy przy zakładzie wychowawczym „Przystań”. Ludzi w garniturach. Chłopaka z blizną na dłoni. I Marka Orlicza stojącego tyłem przy ołtarzu.
W dziale audytu przydzielono jej biurko obok szklanej sali konferencyjnej. Po godzinie dostała pierwsze zadanie: sprawdzić faktury fundacji „Mały Azyl”, zajmującej się terapią dzieci przez kontakt ze zwierzętami. Na zdjęciach w raporcie były koty w kolorowych chustkach, uśmiechnięte dzieci i jeden rudy kocur o imieniu Karmel, który patrzył w obiektyw jak sędzia.
Lena przewracała strony, aż zobaczyła pieczątkę: mały symbol płomienia wpisany w okrąg. Ten sam znak miała wypalony na wewnętrznej stronie nadgarstka kobieta, którą Radwan nazwał „naznaczoną”.
Wtedy na ekranie jej komputera pojawiła się wiadomość od nieznanego nadawcy: „Nie ufaj Orliczowi. On wie, że byłaś przy rzece”.
Lena podniosła wzrok. Za szybą Marek stał w sali konferencyjnej i patrzył prosto na nią.