Następnego ranka sala sądowa pękała od ludzi. Dziennikarze rozstawili kamery, komentatorzy mówili o „procesie dekady”, a fundacja „Latarnia” opublikowała wzruszający film o stypendystach śpiewających dla seniorów. Internet płakał, kłócił się i wydawał wyroki szybciej niż sąd.
Mira nie stawiła się na rozprawie.
Prokurator miał bladą twarz. Obrońca fundacji triumfował. Prezes Sarna siedział w pierwszym rzędzie, nieruchomy jak pomnik sponsora kultury. Lena, formalnie członkini zespołu obrony, powinna czuć ulgę. Zamiast tego czuła, że jeśli teraz się nie odezwie, już zawsze będzie słyszeć dźwięk zamykanych drzwi samochodu.
Adrian pojawił się spóźniony. Miał rozciętą wargę i wzrok wbity w podłogę. Usiadł za nią i szepnął:
— Mira żyje. Ale nie długo. Numer akt prowadzi do archiwum miejskiego. Do sprawy pożaru kaplicy.
Sędzia ogłosiła przerwę. Lena wybiegła z sali, a Adrian za nią. W holu dopadł ich ochroniarz Sarny.
— Pan prezes prosi panią mecenas na rozmowę.
— Nie mam czasu.
— To nie prośba.
Drzwi gabinetu dla VIP-ów zamknęły się za Leną miękko. Sarna stał przy oknie z filiżanką herbaty.
— Pani kariera jest jak szkło — powiedział. — Piękna, ale przy nacisku pęka.
Na stole leżała teczka. W środku: zdjęcia matki Leny wychodzącej z kliniki onkologicznej, rachunki, umowa kredytowa, zaległości. Wszystko, co Lena trzymała w tajemnicy.
— Fundacja może sfinansować leczenie — kontynuował. — Wystarczy, że dziś podczas posiedzenia powie pani jedno zdanie: że świadkini kontaktowała się z panią i próbowała sprzedać zeznania.
— To kłamstwo.
— To narracja. Kłamstwo jest wtedy, kiedy przegrywa.
Lena poczuła obrzydzenie, ale też strach. Matka czekała na terapię, której nie refundowano. Czasami moralność miała cenę, a cena miała numer konta.
Wtedy zobaczyła na filiżance Sarny niewielki symbol wytłoczony na srebrnej łyżeczce: półksiężyc przecięty kreską. Ten sam znak z kaplicy.
— Skąd pan to ma? — spytała.
Sarna po raz pierwszy stracił uśmiech.
— Pani mecenas, radzę wybierać pytania, na które chce pani przeżyć odpowiedź.
Kiedy wróciła na korytarz, Adrian czekał przy schodach.
— Lena…
Spoliczkowała go.
— Wiedziałeś, że będą mnie szantażować?
— Wiedziałem, że spróbują. Dlatego… — podał jej telefon. — Nagrałem Sarnę. Od momentu, gdy weszłaś.
— To za mało.
— W archiwum jest więcej. Akta pożaru. Lista chłopców z chóru. Jeden z nich był wtedy ministrantem przy kaplicy i widział, jak wynosili skrzynie z dokumentami przed podpaleniem. Dziś pracuje jako kurier. Nazywa się Tymon Krawiec.
Lena spojrzała na salę sądową. Sędzia wracała na miejsce, kamery znów zapalały czerwone diody. Miała do wyboru: uratować matkę pieniędzmi ludzi, którzy krzywdzili dzieci, albo zaryzykować wszystko dla prawdy, która mogła nie ocalić nikogo.
Weszła do sali.
— Wysoki Sądzie — powiedziała, zanim ktokolwiek udzielił jej głosu. — Muszę złożyć wniosek o wyłączenie mnie z zespołu obrony oraz o zabezpieczenie dowodu wskazującego na groźby wobec świadka.
Sala eksplodowała szmerem. Prezes Sarna wstał powoli. Jego twarz była biała.
A wtedy na ekranie dla prezentacji, bez dotyku technika, uruchomił się film. Widać było ciemny pokój, Mirę przywiązaną do krzesła i głos zza kadru:
— Powiedz, że Wolska ci zapłaciła. Powiedz to, a zobaczysz poranek.
Ktoś transmitował porwanie na żywo do sądu.