Kaplica św. Wiktora nie miała już świętych obrazów. Wyniesiono je po pożarze, który dekadę temu strawił dach i zostawił tylko czarne żebra belek. W środku wiatr przesuwał liście po posadzce, jakby ktoś tasował stare akta.
Lena przyszła mimo ostrzeżenia. Nie dlatego, że ufała Adrianowi. Dlatego, że przez sześć lat bała się zadać mu jedno pytanie: dlaczego ją porzucił, kiedy najbardziej go potrzebowała?
Zastała go przy bocznym wejściu. Nie był sam. Obok stała kobieta w za dużym płaszczu, z chustą naciągniętą na włosy. Gdy odwróciła twarz, Lena zobaczyła bliznę przy skroni — cienki, srebrny półksiężyc.
— To Mira — powiedział Adrian. — Świadkini prokuratury.
Mira cofnęła się o krok.
— Miałeś przyprowadzić kogoś zaufanego, nie prawniczkę Sarny.
— Lena nie jest jego.
To zdanie uderzyło ją mocniej, niż chciała przyznać.
Mira wyciągnęła z kieszeni zmiętą fotografię. Przedstawiała grupę nastolatków w eleganckich mundurkach chóru fundacji „Latarnia”. Wśród nich była dziewczyna o ciemnych warkoczach i uśmiechu, który nie pasował do jej przestraszonych oczu.
— Nazywała się Nika Borys — powiedziała Mira. — Zniknęła po koncercie dla darczyńców. Oficjalnie uciekła. Nieoficjalnie… widziałam, jak wynoszono ją tylnym wyjściem. Żywą.
Lena poczuła chłód na karku.
— Dlaczego milczałaś?
Mira zaśmiała się bezgłośnie.
— Bo miałam siedemnaście lat, a oni mieli sędziów, lekarzy, policjantów i ludzi takich jak ty. W garniturach. Od słów „procedura” i „dobro dzieci”.
Adrian podał Lenie tablet. Na ekranie pojawiły się skany przelewów, listy gości, fotografie z zamazanymi twarzami. Jedna nie była zamazana. Prezes Sarna ściskał dłoń młodej kobiecie w białej sukience z czerwoną wstążką na szyi. Obok stał ksiądz? Nie. Mężczyzna w czarnej marynarce, animator programu edukacyjnego, odpowiedzialny za grupę chłopców śpiewających podczas gal. Media nazywały ich kiedyś „aniołami Latarni”.
— To nie jest tylko malwersacja — wyszeptała Lena.
— To sieć — odparł Adrian. — A jutro w sądzie zniszczą Mirę, zanim zdąży powiedzieć nazwisko Niki.
Lena spojrzała na niego.
— Dlaczego ty mi to pokazujesz? Jesteś dyrektorem kryzysowym. Masz ich ratować.
Adrian milczał długo.
— Bo sześć lat temu próbowałem ujawnić inną sprawę. Zniknąłem, bo grozili mojej siostrze. A potem znaleziono ją w Wiśle. W raporcie napisali: nieszczęśliwy wypadek.
Kaplica zadrżała od podmuchu wiatru. Mira wyciągnęła rękę i dotknęła ściany przy dawnym ołtarzu. Tynk osypał się, odsłaniając wyryty znak: mały półksiężyc przecięty kreską.
— Każda z nas dostała taki znak — powiedziała. — Nie tatuaż. Bliznę. Żebyśmy pamiętały, że należymy do ich tajemnicy.
Nagle za oknami błysnęły reflektory. Ktoś wszedł na plac. Nie jeden człowiek — kilku. Adrian zgasił tablet.
— Tylne drzwi.
Uciekli przez zakrystię, ale na ulicy czekał czarny samochód. Zanim Lena zdążyła krzyknąć, Mira została szarpnięta do środka. Adrian rzucił się za nią, dostał cios w brzuch i upadł na bruk.
Samochód ruszył. Na tylnym siedzeniu Mira przyłożyła dłoń do szyby. Między palcami miała zapisany markerem numer akt sprawy.
Lena zapamiętała go, nim auto zniknęło za rogiem.