Lena Wolska nauczyła się chodzić po marmurowych korytarzach tak, żeby obcasy nie zdradzały pośpiechu. W firmie Aurelia & Partners pośpiech był oznaką słabości, a słabość — walutą, którą inni płacili za własne awanse.
Tego poniedziałku na trzynastym piętrze pachniało kawą, mokrymi płaszczami i drukiem pilnych umów. Za panoramicznymi oknami Warszawa wyglądała jak makieta: idealna, chłodna, bezpieczna. Lena wiedziała, że to kłamstwo. W jej szufladzie leżała koperta bez nadawcy, a w niej pendrive z nagraniem, na którym ktoś szeptał: „Jeśli to zobaczysz, nie ufaj nikomu z piętra trzynastego”.
Nie zdążyła go otworzyć. Wezwano ją do sali konferencyjnej „Perła”.
Przy stole siedział zarząd: twarze bez zmarszczek, garnitury bez pyłku, uśmiechy bez ciepła. Na końcu, obok prezesa Mikołaja Sarny, stał on — Adrian Rzewuski, nowy dyrektor do spraw kryzysowych. Lena znała go sprzed lat, choć wtedy nosił znoszoną kurtkę i recytował jej wiersze w pustej auli wydziału prawa. Zniknął tydzień przed jej obroną, bez wyjaśnienia. Teraz miał zegarek wart więcej niż jej roczna pensja i spojrzenie człowieka, który wrócił nie po miłość, lecz po rachunek.
— Pani mecenas Wolska — powiedział prezes Sarna. — Od dziś prowadzi pani sprawę fundacji „Latarnia”.
W sali zapadła cisza. Każdy wiedział, czym była „Latarnia”: elitarna organizacja charytatywna, która przez lata budowała domy tymczasowe dla dzieci, uczyła je muzyki, dawała stypendia i przyjaźń wpływowych sponsorów. Tydzień temu była dumą miasta. Dziś — podejrzaną machiną do prania pieniędzy i zacierania śladów po zaginionej dziewczynie.
— Prokuratura ma świadka — dodał Adrian. — Kobietę z blizną w kształcie półksiężyca. Twierdzi, że widziała dokumenty obciążające naszą klientkę.
Naszą klientkę. Lena poczuła ukłucie. Klientką była fundacja, ale na papierze jej interesów broniła także spółka-matka, w której prezes Sarna miał udziały przez podstawione podmioty. Jeśli „Latarnia” upadnie, pociągnie za sobą ludzi z góry.
— Chcę prawdy — powiedziała Lena, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Prezes uśmiechnął się tak, jak uśmiecha się ktoś patrzący na dziecko, które właśnie nazwało nóż zabawką.
— Chcemy wygranej, pani mecenas. Prawda jest tylko jednym z narzędzi.
Po spotkaniu Adrian dogonił ją przy windach.
— Nadal mówisz rzeczy, których nie powinnaś.
— A ty nadal znikasz wtedy, kiedy powinieneś zostać?
Przez ułamek sekundy jego twarz pękła. W szczelinie pojawił się dawny chłopak z auli. Potem drzwi windy odbiły ich w lustrze: dwoje obcych w tym samym kłamstwie.
— Otworzyłaś kopertę? — spytał cicho.
Lena zamarła.
— Skąd wiesz?
Adrian nie odpowiedział. Wcisnął jej w dłoń małą kartkę z adresem starej kaplicy na Pradze i godziną: 21:30.
— Jeśli chcesz żyć, przyjdź sama.
Drzwi windy zamknęły się między nimi, a w telefonie Leny pojawiła się wiadomość z nieznanego numeru: „Nie idź. On sprzedał już jedną kobietę”.