Parafia świętego Klemensa leżała między blokami z wielkiej płyty a nowym osiedlem dla ludzi, którzy kupowali ciszę w ratach. Lena wbiegła tam po pracy, udając przed portierem, że przyszła na próbę chóru. W kaplicy kilkunastu chłopców ćwiczyło pieśń na procesję. Ich głosy były czyste, prawie nieludzkie, jakby ktoś nauczył ich oddychać bez bólu.
Filip zauważył siostrę od razu. Miał czternaście lat, za długą grzywkę i minę kogoś, kto wie więcej, niż wolno mu wiedzieć.
— Lena, nie powinnaś tu przychodzić — wyszeptał za filarem.
— Kto ci grozi?
Chłopak pobladł. Z kieszeni sutanny ministranta wyjął szklany brelok z logo Helionu. W środku zatopiona była maleńka płytka, jak odprysk lustra.
— Pan Marek, ten konserwator, dał mi to wczoraj. Powiedział, że jak coś mu się stanie, mam zanieść to kobiecie ze znakiem na ręce.
Lena poczuła, że blizna na nadgarstku piecze ją jak świeża rana.
— Dlaczego mnie?
— Bo podobno twoja mama też to miała.
Zanim zdążyła zapytać więcej, do zakrystii wszedł ksiądz opiekun i dwóch mężczyzn w eleganckich płaszczach. Jeden z nich był Borucki. Lena wciągnęła Filipa za kotarę przy starym konfesjonale. Słyszeli rozmowę.
— Chłopak zniknie po koncercie — powiedział ksiądz cicho. — Oficjalnie wyjazd stypendialny do Włoch.
— Nie popełnijcie błędu sprzed dwudziestu lat — odparł Borucki. — Wtedy dziecko przeżyło.
Lena przycisnęła dłoń do ust. Dziecko. Ona.
Nie mogła zadzwonić na policję. Jeśli Borucki miał ludzi w zarządzie, mógł mieć ich wszędzie. Wtedy na parapecie obok konfesjonału pojawił się rudy kot, parafialny włóczęga, którego Filip nazywał Kotty. Zwierzak strącił wazon. Huk poniósł się po kościele. Mężczyźni ruszyli w ich stronę.
Lena wypchnęła Filipa bocznymi drzwiami. Uciekli przez ogród, między krzakami róż i mokrymi prześcieradłami suszącymi się przy domu zakonnym. Na ulicy czekał czarny samochód. Drzwi otworzył Adam Relski.
— Wsiadajcie, jeśli chcecie przeżyć — powiedział.
Lena zawahała się tylko dlatego, że rozsądek kazał jej nie ufać mężczyźnie z firmy, której logo miała właśnie w dłoni. Ale za bramą rozległy się kroki.
Wsiadła.
Adam zawiózł ich nie do apartamentu prezesa, lecz do starej drukarni na Pradze. W środku były monitory, akta i tablica z nazwiskami połączonymi czerwonym sznurkiem. Na środku wisiało zdjęcie matki Leny.
— Kim pan jest? — spytała Lena.
Adam długo milczał.
— Synem człowieka, który kazał spalić wasz dom. I jedynym świadkiem procesu, który zaczyna się jutro.